sloko3

Przesłodzone oceny. Część 3.

Prawdopodobnie ostatni materiał związany z piętnastą edycją Halowej Ligi Piłki Nożnej. Wypada w końcu zamknąć ten rozdział i skupić się na Wiejskiej Lidze Piłki Nożnej, która urozmaica mniej utalentowanym cieplejsze miesiące roku. Skupmy się jednak jeszcze przez chwilę na bohaterach ostatniej zimy, dzięki którym do (przed)ostatniej kolejki każdy weekend spędzaliśmy przy ulicy Ludowej w Koluszkach.

ostatki_sonata

Podejrzewam, że gdyby Mariusz Solecki nie wybrał oferty z ligi niemieckiej, oceny Sonety w obu kategoriach byłyby wyższe. Stało się jednak inaczej i jedna z najbardziej utytułowanych (głównie srebrem) drużyn w rozgrywkach skończyła tuż za podium. Tak naprawdę optymalną Sonatę oglądaliśmy przez maksymalnie pięć meczów. Większość z nich przypadła jednak na starcia z mniej groźnymi (BKLAKA, Juniorzy). Wtedy to zawodnicy w zielonych koszulkach wymieniali 10 podań na jedno przeciwnika, mając przy tym jakieś 80 procent posiadania piłki. Przekładało się to co najważniejsze na bramki, skąd wzięły się wyniki takie jak 10:0. Najwyższy bieg udało się Sonacie wrzucić także na mecz z Budmarem, za które czwartą drużynę Ligi należy nagrodzić wielkimi brawami. Głośno klaskać powinny zwłaszcza Czerwone Diabły.. W ramach słodzenia trudno nie wspomnieć także o wybijających się personaliach. Poza Soleckim zachwycić potrafili głównie Jacek Jankowski i Sławomir Wieczorek. Pierwszy wygrał zapewne klasyfikację asystentów, drugi już na pewno sięgnął po tytuł Króla Strzelców. Chociaż zawodników dzieli wiele lat, potrafili znaleźć wspólny język. Język niezrozumiały zazwyczaj dla reszty drużyny, która często zawodziła. Tutaj dochodzimy do obrazu Sonaty grającej przeraźliwie wolno i przewidywalnie, co skutkowało traceniem punktów i zepchnęło zespół aż na 4 miejsce. Idealnym symbolem całej drużyny jest Krystian Nasalski, który miał sezon gorszy niż ostatnie, ale w tym jednym spotkaniu pokazał wysoką klasę. Ciekawe, czy w kolejnym sezonie zobaczymy w Sonacie nowe twarze.

ostatki_sonata_2

ostatki_startPoprawa pozycji względem poprzedniej kampanii była moim zdaniem dla Startu czymś obowiązkowym. Udało się z tego zadania wywiązać, ale siły starczyło tylko na trzecie miejsce, wywalczone w korespondencyjnej potyczce z Sonatą w ostatniej kolejce. Maksymalną ocenę stylu brzezinianie zawdzięczają wysokiemu tempu, jakie zawsze narzucali, efektownym akcjom oraz temu, że każdy mecz tej drużyny oglądało się z przyjemnością. Duża w tym zasługa Borowskiego i Łakomego, którzy to we dwójke są głównymi reżyserami tych piętkowych spektakli, ale także pozostałych zawodników. To właśnie od Szuberta, Matusiaka czy Swaczyny (w tym roku mniej od Kaźmierczaka) i ich masowego podłączania się do ataków zaczynały się wszystkie dobre rzeczy pod bramką rywali i te troche gorsze pod swoją. Tak duża ilość atakujących sprawiała po prostu, że często nie miał kto bronić. To ostatnie stwierdzenie pasuje zresztą do Startu jak ulał – ekipa ta borykała się z problemami z bramkarzem. Ten nominalny  – Pachowski – spisywał się świetnie, z tym że opuścił wiele spotkań. Jedno z nich skończyło się katastrofą. Mówię o najlepszym meczu sezonu, czyli potyczce między Startem a Budmarem. Do przerwy brzezinianie po najlepszej połówce jaką widziałem prowadzili 4:0, by ostatecznie po beznadziejnej postawie ustawionego między słupkami zawodnika z pola przegrać 5:6. Co ciekawe w jednym czy dwóch spotkaniach pogrążony w kryzysie (taki zdarzył się pod koniec sezonu) Start wystąpił bez Borowskiego i Łakomego. Pozostali stworzyli kolektyw, walczyli, ale i tak nie zdołali wygrać. Te dwie tak często przeze mnie wymieniane postaci są więc naprawdę cenne, zarówno dla Brzezin, jak i całej Ligi. No chyba, że ktoś wyżej ceni historyczną przynależność klubową od atrakcyjnej piłki…

ostatki_start_2

ostatki_budmar

Obrona tytułu przez Budmar była jak najbardziej możliwa, lecz w końcówce coś się z rogowskim faworytem stało. Dwa czy trzy mecze jeszcze przed decydującą bitwą z Sonatą w wykonaniu żółto-czarnych nie zachwyciły, a o zwycięstwie tej drużyny zdecydowały indywidualności, m.in. Roman Kowalczyk Mateusz Lubczyński, który nie może i tak zaliczyć końcówki sezonu do udanych. Wracając jednak do początku – nie można niczego zarzucić Budmarowi jeśli chodzi o rundę zasadniczą. Porażka z Czerwonymi Diabłami nie powinna mieć większego znaczenia, przecież i tak o tytule miał decydować bezpośredni mecz. Przez trzy czwarte sezonu Budmar grał jak z nut, niesamowitą dyspozycją popisywali się dwaj wyżej wspomnieni zawodnicy, ale do ich poziomu z czasem doskoczył też Janowski, w bramce nie zawodził Cieplucha. W końcu jednak coś pękło i rogowianie musieli zadowolić się srebrem. Dlaczego? Kluczem do odpowiedzi może być zdanie sobie sprawy z tego, że mówiąc o pozytywach obracamy się w kręgu 3 nazwisk. Prawda jest natomiast taka, że jedno z nich (należące do najmłodszego) pod koniec błyszczało już mniej, a Kowalczyk i Janowski zawiedli w najważniejszym momencie. Wtedy właśnie do głosu powinni dojść inni. Pamiętamy, że jeszcze rok temu perfekcyjnie wyglądali też Piotr Ziółkowski i Marcin Kopeć, którzy potrafili wziąć odpowiedzialność za wyniki na swoje barki. Tym razem ten pierwszy grał rzadziej, a drugi nie strzelał już tylu goli. Jego brat – Miłosz – po powrocie po długiej kontuzji nie mógł wrócić do normalnej formy, dokoptowany Kacper Kirwiel nie wytrzymał psychicznie starcia z Sonatą, w którym nie popisał się także Cieplucha. Analizując sezon Budmaru trzeba więc pochwalić drużynę za jego wielką część i zganić za jeden, wiadomo który mecz. Dwie porażki z Diabłami traktowałbym mniej poważnie, z racji na to, że odbywały się w mniej istotnych częściach sezonu (w rundzie zasadniczej, gdzie było dużo czasu na odrobienie strat punktowych i już wtedy, gdy wszystko było rozstrzygnięte). Jako przyczynę niepowodzenia wskazałbym brak głębi w składzie, wywowałany nie deficytem ilościowym, a raczej jakościowym wśród zawodników niekoniecznie podstawowych, kórzy jednak często wychodzili w wyjściowej szóstce. Żadnych pretensji nie można mieć oczywiście do Piotra Szymkowskiego, który przeżywał w ostatniej kampanii drugą młodość. Ciekawe, czy Budmar postanowi wzmocnić skład na kolejną odsłonę Ligi, czy spróbuje powalczyć z Diabłami tymi samymi ludźmi. W przypadku tej drugiej opcji wymagana jest pełnia formy wśród liderów na przestrzeni wszystkich meczów.

ostatki_budmar_2

 

 

ostatki_czd

W przypadku mistrzów rozpisywanie się nie miałoby większego sensu. Jeśli drużyna nie przegrywa meczu w całym sezonie to musi to być drużyna wybitna. Pamiętamy takie wyczyny w wykonaniu Widzewa Łódź, Cracovii, Arsenalu czy ostatnio Juventusu, z tą różnicą, że wszystkie te wymieniony ekipy wyraźnie swoje ligi zdominowały. W HLPN sytuacja była inna i ilosy mistrzostwa mogły się ważyć nawet w ostatniej kolejce. Stało się jednak inaczeji w ostatniej kolejce Diabły grały już tylko o potwierdzenie wyższości z Budmarem. Mecz ten doskonale pokazał cechy Mistrzów. Klasą samą dla siebie był Rafał Adamczyk, najlepszy bramkarz a dla mnie i zawodnik rozgrywek, dużo zamieszania robił Konrad Gicel, ale prawdziwymi liderami byli i tak bracia Marczykowie. Defensywnie usposobieni zawodnicy dokonali wraz z golkiperem niemożliwego – dali sobie strzelić zaledwie 8 bramek w 16 meczach. Ponadto Hubert i Adrian świetnie wyprowadzali piłkę, asystowali i sami trafiali do siatki – łącznie 11-krotnie. Ta liczba nie robi jednak wrażenia przy łączym dorobku innych braci. Adrian i Jakub Perek pokonywali bramkarzy rywali w sumie 25 razy. Pokazuje to tylko siłę ofensywną Diabłów, którą zwiększali jeszcze doświadczeni Waszczykowski i Łapin. Między atakiem i obroną balansowali Kwiatkowski i Duczek. Durgi z nich także zaliczył świetny jak na siebie strzelecki wynik, bo do umiejętnego kontrolowania tempa i pomagania w destrukcji dołożył 8 strzelonych bramek. Czerwone Diabły zbliżyły się w 15 edycji Ligi do ideału. Na każdego straconego gola przez tę drużynę przypadało ponad 9 zdobytych. Wynik doprawdy imponujący, a nie można zapominać, że co najmniej dwa, trzy razy na mecz Diabłom udawało się stworzyć akcję tak szybką, składną i futsalową, że ręce same składały się do oklasków. Żeby nie było za słodko na koniec wspomnę o Jakubie Sztuce, który ze swoimi umiejętnościami powinien mieć większy wpływ na grę drużyny oraz słabiutkiej formie Jakuba Perka z końcówki sezonu. Takie szczegóły nie mogą jednak mieć wpływu na ocenę tej piekielnie dobrej drużyny.

ostatki_diaboly_2

Pisząc o braciach w kadrze Czerwonych Diabłów wpadłem na pomysł grafiki, której szukać musicie na facebook’u. Zapraszam do śledzenia profilu.