sdsaee

Rewelacyjne zakończenie rundy zasadniczej… – relacja z 11 kolejki Ligii

Na dobre kolejki przyjemnie się patrzy i przyjemnie się o nich pisze. W ostatnią sobotę stycznia zawodnicy dali nam dużo radości, co cieszy tym bardziej, że mieliśmy w tej dziesiątek kolejce mecze bardzo ważne. Mariany wygrywając sensacyjnie zapewniły sobie nie tylko podziw publiczności, ale też awans do TOP6. Galacticos przegrali może i stracili szansę na zaszczyt gry z najlepszymi, ale wraz z Gałkówkiem pokazali, że w Grupie Aspirującej też może być ciekawie, tym bardziej, że będzie w niej grało również PLE Zdrowie potrafiące trzykrotnie ukąsić Start Brzeziny. Na deser mieliśmy bardzo dobry przede wszystkim jeśli chodzi o poziom mecz o miano lidera rozgrywek, a nawet najmniej emocjonujący z dzisiejszych pojedynków mecz Misiów z BKLAKĄ potrafił zaciekawić.

Żeby zachęcić do lektury napomknę tylko, że średnia goli z pięciu meczów kolejki to 6,4 bramki na spotkanie, z zastrzeżeniem, że nie mieliśmy ani jednego pogromu.

Misie 2:0 BKLAKA

Opis najlepszej kolejki od lat zaczynamy od spotkania, w którym nie padło może wiele goli, a dodatkowo strzelała tylko jedna drużyna, ale i tak przynajmniej do pewnego czasu było ciekawie. W pierwszej połowie spotkania BKLAKA nie po raz pierwszy w tym sezonie zaprezentowała dobrą grę w defensywie, i to mimo braku rezerwowych, a przecież ciągłe bieganie za piłką i przesuwanie męczy najbardziej. Wycofany do obrony koluszkowski zespół dał grać Misiom, co okazało się pomysłem trafionym, chociaż było w tym sporo szczęścia. Brzezinianie grali bowiem w ataku pozycyjnym znacznie lepiej niż zazwyczaj ze słabszymi rywalami. Piłka krążyła między zawodnikami w brzoskwiniowych strojach szybko, często oglądaliśmy klepki i składne akcje. W końcu dobrze grał Mariusz Kaźmierczak, Grzegorz również nie schodził poniżej swojego poziomu. Nie padały jednak gole. Skuteczność Misiów pozostawiała bowiem wiele do życzenia. Kolokwialnie mówiąc nic nie chciało wpaść do bramki i Jacek Woźniak nie musiał nawet interweniować przesadnie często. Zawodnicy prowadzący grę po prostu nie trafiali do bramki. Duże brawa oczywiście należą się obronie BKLAKI, bo gdyby nie Frączkowski i Kacperski pewnie byłoby im łatwiej i coś by strzelili.

Na początku drugiej odsłony meczu BKLAKA zaatakowała. Najwięcej wiatru z przodu robił Kłosiński, raz strzelał też Kacperski. Kuba Miszkiewicz nie miał jednak żadnych problemów z żadną z tych prób. Po około 5 minutach Misie odbudowały przewagę i w końcu dzięki uderzeniu z kazika Grzegorza Kaźmierczaka wyszły na prowadzenie. W 25 minucie miejsce miała trwająca chyba 50 sekund akcja Misiów, w ramach której brzezinianie wymienili wiele podań, ale w końcu stracili piłkę. Dało to szansę na kontrę, w której mimo braku dokładności udało się BKLACE poważnie zagrozić Miszkiewiczowi. Po jedynej niepewnej interwencji tego bramkarza świetną szansę miał Kaczmarek, ale fatalnie przestrzelił. Był to kluczowy moment spotkania, bo po chwili Bartosiński pewnym półwolejem umieścił piłkę gdzieś obok dalszego słupka i było po meczu. Strzelec drugiego gola świetnie spisywał się także w obronie, wygrywając ogromną liczbę główek i łatwo zatrzymując pojawiające się w końcówce częściej próby ataków BKLAKI.
Strzelcy: G.Kaźmierczak, Bartosiński

Mariany 5:4 Czerwone Diabły

Pora na niesamowity mecz, który zmienił bardzo dużo w kontekście walki o Grupę Mistrzowską. Liczyć miała się w niej Europa i Galaktyczni, ale niespodziewanie zwycięstwo Marianów sprawiło, że to właśnie ten zespół gra dalej wśród najlepszych, a dwa wspomniane takiej możliwości nie mają (oczywiście gdyby wygrały swoje mecze, toby miały, ale przewidywana porażka Marianów oznaczałaby pewny awans jednego z nich). Tyle tytułem wstępu, skupmy się na boisku, bo takie mecze często się na lidze nie zdarzają. Na wstępie trzeba zaznaczyć, że Diabły miały jednak większe problemy kadrowe, bo na boisku przebywało dwóch zawodników, którzy dopiero co rozegrali mecz sparingowy na trawiastym boisku, a na ławce mieli do dyspozycji tylko jednego, który również nie był w pełni przygotowany do gry. Mariany też nie straszyły ławką, nie było młodych napastników czy trzymającego obronę Wajszczyka. Był za to Krzysztof Gierach i to on już w pierwszej minucie meczu zabrał piłkę rozkojarzonemu Hubertowi Marczykowi i wszedł z nią do pustej, bo opuszczonej przez Waszczykowskiego, bramki. Zachowanie Huberta nie spodobało się jego bratu, który bardzo mocno zrugał go z ławki rezerwowych. Reprymenda nie pomogła jednak, bo jeden z najlepszych defensorów Ligi popełnił jeszcze kilka takich błędów w tym spotkaniu, gubiąc krycie czy po prostu tracąc piłkę będąc tylko przed swoim bramkarzem. W tyłach u Marianów bardzo pewni byli za to Goździk i Romanowski. Jedynym, który od początku umiał ich ograć był Jakub Perek i to on świetnie odegrał do Duczka przy golu na 1:1. Kolejnego gola, a może nawet dwa, powinien w tym meczu zdobyć Michał Mroczek. Niestety nie umiał wykorzystać niezorganizowania Diabłów w defensywie i dwukrotnie nie wykorzystał świetnej sytuacji. W końcówce pierwszej połowy dobrze spod opieki defensorów uwolnił się jeszcze Kuba Perek, ale jego dobry strzał jakimś cudem obronił Tomczyk.

W 24 sekundzie (!) drugiej połowy wspaniałą akcję przeprowadził Marcin Goździk, który minął rywali jak chciał i oddał dwa strzały, z czego drugi okazał się lepszym i przede wszystkim skutecznym. Dłużny nie pozostał mu Sztuka, który uderzył płasko z dalszej odległości, piłkę trącił jeszcze Jakub Perek i mieliśmy remis. Po chwili po świetnej klepce tej samej pary i golu Sztuki Diabły prowadziły już 3:2. Wydawało się, że może by to po prostu zacięty mecz z przewidywalnym scenariuszem. ‚Nic z tych rzeczy’ – pomyślał jednak Goździk, wykańczając dobre podanie Romanowskiego wzdłuż pola karnego z 20 minuty spotkania. Mariany walczyły więc nadal jak równy z równym, a po chwili po niegroźnym w sumie strzale Gieracha prowadziły 4:3. Nie popisał się tym razem Damian Waszczykowski. Sensacja była coraz bliżej. Świetny Sztuka był jednak zamieszany w jedną z kolejnych akcji Diabłów, co musiało się skończyć golem, tym razem chyba Adriana Perka. Na ośmiu goli w tym meczu się jednak nie skończyło. Niedługo przed jego końcem jedno podanie wystarczyło, by Goździk znalazł się sam na sam z awaryjnym bramkarzem Czerwonych Diabłów. Gwiazdor Marianów pewnie wykorzystał swoją sytuację i kolejny duży błąd obrony czwartej drużyny zeszłego sezonu. Mariany zwyciężyły więc 5:4 i na pewno będą grać w Grupie Mistrzowskiej. Diabły po tym meczu miały tylko punkt przewagi nad Misiami, z którymi zmierzyły się w niedzielę.
Strzelcy: Goździk(3)Gierach(2)-J.Perek,A.Perek,J,Sztuka,Duczek

Galacticos 4:6 LKS Gałkówek

Na mecz, który mógł dać Galacticos miejsce w Grupie Mistrzowskiej, zespół spod Andrespola przyjechał bez Krzysztofa Hajduka. Ciekawe gdzie byliby Galaktyczni, gdyby ten zawodnik mógł być na każdym spotkaniu. Nie wiadomo, wiadomo natomiast, że są dolnych rejonach tabeli. Hajduka zastąpić spróbował Starosta i szczególnie w pierwszej połowie wyszło mu znakomicie. Nowy lider drużyny posyłał świetne piłki z głębi pola, dryblował, strzelał, a przede wszystkim zdobył dwa gole, w tym drugiego cudownego, piętą z pierwszej piłki, wzbudzając zachwyt całej hali. Galacticos dwubramkowym prowadzeniem skwitowali bardzo dobry okres meczu, w którym grali szybko i efektownie. Coś się jednak z czasem popsuło. Pierwszym niepokojącym objawem były sytuacje Adriana Brzezińskiego, z których jedną zdolny napastnik zamienił na gola. Połowa skończyła się przy stanie 2:1 dla Galacticos.

Pierwsza odsłona tego ważnego meczu na pewno nie zawiodła, a co ważne, druga była jeszcze lepsza. Szczególnie w wykonaniu gałkowian, którzy zdołali dostosować się do tempa narzuconego przez Galaktycznych, a nawet znacznie lepiej je wytrzymali. Szczególnie dobrze radził sobie Brdoń, który szybko wpisał się na listę strzelców strzałem pod poprzeczkę. Galacticos również mieli swoje okazje, ale poza Szychowskim ich nie wykorzystywali, a dodatkowo coraz słabiej wyglądali w obronie. Pokłosiem tego była sytuacja sam na sam Karola Chmielewskiego, wykorzystana zresztą. Trzy trafienia dały LKS-owi prowadzenie w tym bardzo intensywnym meczu. Jak się okazało drużyna Susika nie wypuściła go już do końca. Gole jednak padały cały czas. W 28 minucie, kiedy gry obronnej już nie było, piłkę do siatki skierował Adrian Brzeziński. Po minucie strzelecką passę gałkowian przerwał Kłusek. W końcówce trafił jeszcze Płeska i wszystko skończyło się na 6:4.
Strzelcy: Starosta(2)Szychowski,Klusek-Brdoń(2),Brzeziński(2),Płeska,Chmielewski

PLE Zdrowie Rogów 3:7 Start Brzeziny

Mecze PLE Zdrowia ze Startem zazwyczaj mogły się podobać. Tym razem również było dobrze. Padło też dokładnie tyle samo goli, co w poprzednim meczu. Od początku dobrze wyglądało Zdrowie. Roman Kowalczyk wraz ze swoim bratem Arturem konstruowali dobre akcje i kilka razy zatrudnili Pachowskiego. Bramkarz obrońców zaliczył jednak udany występ, broniąc też np. strzał Rżanka z 9 minuty. PLE Zdrowie stanęło na wysokości zadania i pod żadnym względem nie odstawało od Startu, co było warunkiem dobrego widowiska. To brzezinianie byli tego dnia jednak bardziej konkretni. Już w 5 minucie z bardzo ostrego kąta mocno i skutecznie strzelił Robert Szubert. Cały czas przeważała jednak Europa. W 10 minucie w boczną siatkę trafił Artur Kowalczyk. W 11 po fatalnym podaniu Jedynaka piłkę przejął Lubczyński, powstrzymał go Pachowski. Był jednak z tego rzut rożny, po którym Adamczyk popisał się świetną akcją i podaniem i gola zdobył Artur Kowalczyk. Remis utrzymał się do końca połowy, choć ofensywnych akcji próbował jeszcze dochodzący do coraz lepszej formy Maciej Borowski.

W drugiej połowie stroną przeważającą był już Start Brzeziny. Zespół, który rok temu odbierał złote medale, nadawał ton grze, co były możliwe dzięki prowadzeniu, które podarował mu Adrian Stachecki. Bramkarz PLE Zdrowia przy pierwszej interwencji w połówce sam wrzucił sobie piłkę do siatki. Potem bieg na najwyższy zmienił Maciej Borowski, który zdobył trzy gole z rzędu i przypomniał swoje najlepsze czasy. W pewnym momencie Boro zaczął się z przeciwnikami bawić. PL Europa w kilka minut zaczęła przegrać trzema golami, co oznaczało niechybne strącenie do czeluści Grupy Aspirującej. Nie grała jednak źle, na co mógłby wskazywać wynik. Cały czas tworzyła sytuacje i zagrażała Pachowskiemu. W końcu pokonał go ponownie Artur Kowalczyk i Mateusz Lubczyński, choć sytuacji było znacznie więcej. W samej końcówce po ładnej klepce gola zdobył jeszcze rewelacyjny tego dnia Szubert, kompletując hat-tricka, wcześniej na listę strzelców wpisał się też Jedynak. Start w takiej formie na pewno będzie nękał zespoły walczące o mistrzostwo. PLE Zdrowie powinno w cuglach wygrać Grupę Aspirującą.
Strzelcy: A.Kowalczyk(2),Lubczyński-M.Borowski(3)Szubert(3)Jedynak

POL-HUN 1:0 Sonata

Na zwieńczenie mecz o pierwsze miejsce i miano największego faworyta w walce o mistrzostwo. Nie oszukujmy się – ta rozegra się pewnie korespondencyjnie, a więc w pojedynkach POL-HUN-u i Sonaty ze Startem czy Diabłami, choć oczywiście nie obrazilibyśmy się, gdyby o wszystkim decydował bezpośredni mecz za trzy tygodnie. Wracając do głównego dania soboty trzeba wspomnieć o wydarzeniu bezprecedensowym, czyli Jacku Jankowskim w bramce POL-HUN-u. Po raz pierwszy w sezonie zabrakło nominalnego golkipera Daniela Grobelnego i zastąpić go musiał ważny zawodnik z pola. Zrobił to dobrze. Nie musiał co prawda popisywać się wieloma interwencjami, ale ostatecznie nie wpuścił nic, a bardzo pomagał jako kolejny zawodnik w rozgrywaniu. Na ławce mecz rozpoczął Łukasz Chojecki. Dopiero po jego wejściu coś się zaczęło jednak na boisku dziać. Król strzelców z zeszłego sezonu od razu popisał się idealnym podaniem do Grobelnego, który obsłużył Stasiaka i tylko cud sprawił, że nie było gola. Coś niedobrego się jednak ze skutecznością Wojciecha dzieje. Niestrzelenie gola będąc metr od bramki wyzwoliło w nim dodatkową wolę walki o piłkę, ale skończyło się na faulu na bramkarzu i nieuznanym golu. Sytuacja ta powinna się na POL-HUN-ie zemścić, ale sytuacji nie wykorzystał Konrad Bryszewski. Nadeszła siódma minuta i bardzo pewna dobitka Chojeckiego na 1:0. Po bramce POL-HUN starał się uspokoić to bardzo dobre spotkanie i spokojnie rozgrywać piłkę. Gry w nią było zaskakująco dużo. Oczywiście, ostrych zagrań nie brakowało, ale większość mieściła się w ramach przepisów. Regulamin łamał najczęściej Adam Grobelny, który uprzykrzał życie Stasiakowi. Poza tym on i jego brat Piotr byli mniej widoczni niż zwykle. Dobrze w ataku poczynał sobie Grzelak, ale w obronie przegrał z Chojeckim więcej pojedynków, niż przez cały sezon. Niestety brakowało Nasalskiego, który mógłby przytrzymać piłkę w ataku.

W drugiej połowie nie zobaczyliśmy goli, choć takiego zdobyć powinien np. Konrad Bryszewski w 19 minucie. Po raz pierwszy poważnie pomyliła się wtedy obrona POL-HUN-u i jedno podanie łatwo ją minęło. W sytuacji sam na sam lepszy okazał się jednak Jankowski, który obronił oczywiście nogami. W 21 minucie kunszt bramkarski pokazał Adamczyk. Bramkarz Sonaty intuicyjnie zostawił rękę, w którą trafiła piłka po imponującym odklejeniu się Chojeckiego od pilnującego go obrońcy. W 25 minucie dwa razy dobrze interweniował Jankowski, znowu nogami, z tym że za drugim razem był faulowany. Oznaczało to wzmożone ataki Sonaty. POL-HUN w końcówce skupił się raczej na pewnym zabezpieczeniu bramki i posyłaniu dłuższych piłek do przyjmującego wszystko Chojeckiego. W 28 minucie nie udało się uważnej dotąd defensywie uniknąć faulu, Piotr Grobelny sprytnie wykonał rzut wolny. Podał do Grabskiego, który w doskonałej sytuacji spudłował. Młody zawodnik miał ogromną szansę dać swojej drużynie punkt, dzięki której pozostałaby ona liderem rozgrywek. Nie zrobił tego, a w końcówce irytujący się już od jakiegoś czasu zawodnicy obu drużyn nie wytrzymali i ruszyli do festiwalu szturchnięć i odepchnięć. Tak minęła ostatnia minuta i POL-HUN rzutem na taśmę wskoczył na fotel lidera.
Strzelcy: Chojecki