2kolejka

Bracia w akcji… – Relacja z drugiej kolejki Ligi

W drugiej kolejce swój prawie niezmieniony względem poprzednich lat skład pokazały Diabły. Prawie, bo w bramce Czerwonych stoi teraz Patryk Wątorowski. Kolejne zwycięstwo zanotował POL-HUN i Sonata. Pierwszy raz triumfowały Mariany i PLE Zdrowie.

Czerwone Diabły 9:1 Atomówki
Najciekawszym pytaniem przed meczem było chyba to o bramkarza Diabłów. Żeby Atomówki mogły zagrozić tak dobrej drużynie jak Czerwone Diabły musi minąć bowiem co najmniej kilka lat. Ostatecznie w kwestii wyniku spotkania zaskoczenia nie było, faworyci wygrali wysoko. Osieroconą przez Adamczyka bramkę przejął natomiast Patryk Wątorowski, który może tym samym odhaczyć kolejny klub w piłkarskim CV. Co ważne – klub chyba najpoważniejszy z dotychczasowych.

Nie wiem czy jest sens opisywać każdą z bramkowych akcji Diabłów z osobna. W większości były one bardzo podobne i niczym się nie różniły od akcji tej drużyny z poprzednich sezonów. W finalnej fazie, po wcześniejszym rozegraniu akcji od tyłu bądź indywidualnej akcji któregoś z gwiazdorów zespołu, następowało podanie wzdłuż bramki i zazwyczaj pewny strzał między słupki. Bramkarz Atomówek oczywiście nie miał wtedy nic do powiedzenia, trudno też obarczać winą za błędy konkretnego obrońcę – to po prostu zbiorowa siła Diabłów pchała ich w pole bramkowe rywala. Warto jednak odnotować próbę przewrotki Jakuba Perka z 15 minuty. Szkoda, że nie wyszło, bo byłby to naprawdę fajny akcent na rozpoczęcie kolejki.

W drugiej połowie obraz gry specjalnie się nie zmienił. Chcę jednak zaznaczyć, że gra Czerwonych Diabłów wcale nie była tak idealna, jak może to przedstawiać końcowy wynik. Dużo (jak na tę ekipę) podań nie dochodziło do adresata, tempo także pozostawiało trochę do życzenia. W drugiej połowie więcej roboty miał też Krzysztof Duczek. Lider drużyny musiał kasować pojawiające się ofensywne wypady Atomówek. Robił to bardzo skutecznie, a ponadto dwukrotnie wpisał się na listę strzelców i pomagał z przodu, co w sumie dało mu miejsce w szóstce kolejki. Na koniec chciałbym zostawić jedną z ładniejszych bramek spotkania. Chodzi o jedyne trafienie Atomówek, którego autorem był Marcin Lipiński. Świetnym strzałem głową dał trochę radości sobie i kolegom, a idealną wrzutką popisał się mającym dobry początek sezonu Artur Szklarek. Zobaczymy jak poradzi on sobie w kolejny weekend, kiedy rywalem Atomówek będzie m.in. LKS Gałkówek.

Strzelcy: A.Marczyk(2);J.Sztuka(2);K.Duczek(2);H.Marczyk;J.Perek;D.Waszczykowski-M.Lipiński

Galacticos 1:3 Mariany

W pierwszej kolejce mający ogromne doświadczenie w Lidze Halowej Mariany przegrał, a debiutujący Galacticos odnieśli zwycięstwo. Niedzielna seria gier przywróciła w tym aspekcie przewidywalny porządek. Bezpośrednie starcie Galacticos i Marianów wygrali ci drudzy. Początek meczu specjalnie jednak tego nie zapowiadał. Co prawda pierwszą ciekawą akcją było dobre podanie wracającego po poważnej kontuzji Marcina Bogdana do Skorzyckiego, ale już w 6 minucie z rzutu wolnego uderzył Kłusek i drugi dzień z rzędu taki stały fragment gry przyniósł tej drużynie bramkę. Tym razem nie było to tak soczyste uderzenie jak Hajduka z PLE Zdrowiem, a strzelcowi mocno pomógł rykoszet, ale i tak ten element wydaje się być mocnym punktem Galaktycznych. Wynik 1:0 utrzymywał się dośc długo, bo przez około 7 minut. Po takim czasie w końcu wpuszczony został Patryk Romanowski i od razu w pierwszej akcji ośmieszył rywala na środku boiska, balansem ciała posyłając go na parkiet, uderzył mocno, a wyplutą piłkę do bramki dobił Radek Kołada. Na przerwę zawodnicy zeszli więc przy remisie. Spotkanie było twarde i dało się je oglądać.

Druga połowa była jednak od pierwszej lepsza. Drużyny zaczęły ofensywnie, od początku wyszedł Roman, a już w 17 minucie dwukrotnie bardzo mocno strzelał Kłusek. Po czterech minutach ten sam zawodnik zrobił dobry rajd i świetnie obsłużył Hajduka, który jednak nie był w niedzielę skuteczny. Galacticos przypominali trochę drużynę Misiów z zeszłego sezonu. Uważną grę z tyłu dopełniali kontrami i licznymi uderzeniami z daleka. W połowie drugiego kwadransa zyskali dodatkowo bardzo dużą przewagę nad Marianami, którzy czyste konto w tej połówce mogą zawdzięczać tylko i wyłącznie Tomczykowi w bramce. W 25 minucie napór Galacticos się jednak skończył, m.in. za sprawą aktywnego tego dnia Radka Kołady. To on doszedł do nie najlepiej podanej przez Kiragę piłki, zdołał jakoś oddać strzał i dał Ergunowi możliwość wyprowadzenia Marianów na prowadzenie. Oczywiście ten ostatni przy swojej „dobitce” musiał się popisać dużym kunsztem i techniką. Galacticos musieli czuć, że nie zasługują na porażkę i ruszyli do odrabianie strat, ale dostali wtedy kolejną kontrę, która znowu skończyła się czymś w rodzaju dobitki, jeśli można tak nazwać strzał z tak dalekiej odległości. A strzelcem niezawodny Goździk, którego bardzo brakowało w sobotę. W ostatniej akcji meczu trochę zabrakło Radkowi Koładzie przy wyskoku do główki. Ostatecznie Mariany cieszą się więc z trzech punktów.

Strzelcy: A.Klusek – Skorzycki;Goździk;R.Kołada

LKS Gałkówek 1:5 POL-HUN

Trzeci mecz dnia przyniósł zdecydowanie największą dysproporcję jeśli chodzi o siłę zespołów. Z jednej strony POL-HUN, już z Maciejem Koładą, a więc w składzie jeszcze lepszym niż dzień wcześniej, z zawodnikami pokroju Głydy na ławce rezerwowych. Z drugiej zaś LKS bez choćby jednego rezerwowego, bez najgroźniejszego Kartasińskiego. Nie, to się nie mogło udać. W praniu okazało się jednak, że nie było wcale tak źle. POL-HUN szybko co prawda pokazał swoją siłę, wychodząc w czwartej minucie w trójkę na biednego Ciepluchę, który po strzale Chojeckiego musiał skapitulować. Do tej kontry gra gałkowian nie wyglądała jednak źle. Potem oczywiście biało-błękitni zyskali przewagę i zaczęli tworzyć świetne akcje, wymieniając wiele podań, grając z pierwszej piłki, przyspieszając i zwalniając wtedy, kiedy to konieczne. LKS momentami nie wiedział specjalnie co się na boisku dzieje, choć z drugiej strony w poprzednich sezonach czy nawet tej kolejce (Atomówki) widzieliśmy już większe objawy boiskowej bezradności. No i przede wszystkim do 10 minuty było tylko 1:0. Wtedy obudził się Stasiak i dwukrotnie zmieścił piłkę w siatce. Nic już nie stało POL-HUN-owi na przeszkodzie do rozstrzelania przeciwników. Tak się jednak nie stało. Klepki faworytów nadal robiły wrażenie, ale nie było ich tak dużo jak na początku. LKS potrafił się bronić, a gdy już Chojecki stworzył partnerom okazję jakimś podaniem to albo oni ją marnowali w niewyjaśniony sposób, albo dobrze spisywał się Cieplucha. Najlepszym przykładem na to musi być kiks Stasiaka z 15 minuty. Nie mający zazwyczaj problemów ze zdobywaniem goli zawodnik tym razem nie strzelił z odległości metra od bramki. Co więcej swoją szansę miał też LKS. Nie mówię o strzale Susika po którym Gałkówek miał rzut rożny, a o sytuacji sam na sam Adriana Brzezińskiego. Niestety dla tego ostatniego górą w pojedynku oko w oko okazał się Daniel Grobelny.

Druga połowa pokazała, że nie był to jednak mecz POL-HUN-u. Kilka akcji musiało się podobać, ale ogólna ocena nie może być bardzo wysoka. Już w pierwszej minucie po przerwie LKS wyprowadził dwa kontrataki, które zatrzymywać musieli Świnoga i Grobelny. Odpowiedzią na to były dwa strzały Chojeckiego, ale akurat do niego trudno mieć o coś pretensje. Dopiero w 18 minucie pierwszym bardzo dobrym podaniem popisał się Jacek Jankowski. Minutę później po rzucie rożnym dla LKS-u Maciej Kołada wpakował piłkę do własnej siatki. Przez pewien czas więcej roboty od Ciepluchy miał nawet Ciapek. POL-HUN tworzył oczywiście okazje, ale głównie za sprawą indywidualnych akcji ŁCh99 (hehe). W 25 minucie wyłożył on idealną piłkę Jackowi, a ten zrobił Stasiaka, jak można by zacząć mówić po pierwszej połowie. W końcu były gwiazdor FCG sam pokonał Ciepluchę i było 4:1. W ostatniej akcji wynik podwyższył jeszcze Krzysztof Grobelny, który jako formę cieszynki wybrał dwukrotne założenie siatki Susikowi. Ostatecznie pewnie wygrał więc POL-HUN. Pisząc, że z przebiegu całego meczu nie zachwycił biorę oczywiście poprawkę na potencjał tej drużyny. Dla Gałkówka i wielu innych drużyn taki występ nadal mógłby być filmem instruktażowym.

Strzelcy: Ł.Chojecki(2);W.Stasiak(2);K.Grobelny-M.Kołada(sam)

BKLAKA 2:6 PLE Zdrowie Rogów

W otwierającej sezon kolejce oba zespoły zagrały w bardzo podobny sposób. Najłatwiej byłoby go scharakteryzować go ulubionym przymiotnikiem Michała Kucharczyka. W niedzielę było już lepiej. BKLAKA nadal się nie rozkręciła, ale potrafiła zdobyć dwa gole. Zdrowie zaś potrafiło w kilka minut drugiej połowy całkowicie zdominować mecz, wypracować sobie przewagę i zabić emocje. Od samego początku o miano lidera PLE Zdrowia rywalizowali bracie Kowalczykowie, a konkretnie Roman i Artur. Ten drugi kiwał tym razem jeszcze więcej niż zazwyczaj, ale o dziwo wychodziło mu niemal wszystko. Niemniej w grze pokonanych przez Galacticos dzień wcześniej zawodników brakowało konkretów. Jakiejś klarownej sytuacji, czy bardzo trudnego strzału. Znowu nie pomagał Majkel Krawczyk, który na początku wyglądał słabo, ale z czasem naprawdę się rozkręcił i był dobrym uzupełnieniem dla Artura. To on jako pierwszy naprawdę zagroził Jackowi Woźniakowi, a było to w 11 minucie. Sześćdziesiąt sekund wcześniej Stachecki uprzedził Rafała Tosiaka i uchronił Zdrowie przed stratą gola. Jeszcze bliżej tego ostatniego było w minucie 14, kiedy to najpierw mało brakło Warchołowi, a potem jeszcze dwa razy strzelał Frączkowski. Ostatecznie przebudzenie BKLAKI nie zdało się jednak na wiele. Przed końcem połówki kuriozalny błąd popełnił bowiem Woźniak i zupełnie przypadkowo Artur Kowalczyk dał Zdrowiu prowadzenie. Niby to tylko łut szczęścia i kiks bramkarza, ale jednak w odpowiednim miejscu znalazł się właśnie ten zawodnik.

Ten gol, choć tak dziwny, był dla losów meczu bardzo ważny. Prowadzące Zdrowie od samego początku drugiej połowy zaczęło zdecydowanie przeważać. W 17 minucie Roman podał do Artura, ten przedryblował rywali i pięknym strzałem podwyższył na 2:0. Po chwili świetnie na boku zachował się Majkel Krawczyk, dobrze dograł do Dawida Kowalczyka i było 3:0, a dosłownie po kilku sekundach i błędzie BKLAKI w środku Artur z Majkelem zadali kolejny cios, czwarty raz pokonując Woźniaka. To była kontra jak ze starych dobrych czasów PLE..Nawet wtedy tak dobrze jak w niedzielę nie grał jednak Artur Kowalczyk. W 21 minucie skompletował hat-tricka, a nie było to jeszcze jego ostatnie słowo w tym meczu. Jego kolejne dobre akcje rozdzielił jednak rywal. Marcin Frączkowski w 24 minucie dobrze odnalazł się w zamieszaniu w okolicach bramki Stachica i znalazł jakoś miejsce na oddanie strzału i pokonanie bramkarza. Jaka była odpowiedź prowadzących? Nie trudno zgadnąć. Kolejna świetna akcja Artura, kolejna asysta do Majkela i 6:1. W samej końcówce z lewej nogi ładnie piłkę w siatce zmieścił jeszcze Kamil Adamczyk i ostatecznie było 6:2. Padło więc aż 8 goli, ale aż 7 w drugiej połowie.

Strzelcy: K.Adamczyk;M.Frączkowski-A.Kowalczyk(3);M.Krawczyk(2);D.Kowalczyk

Sonata 2:0 Misie

Pojedynki brzezińsko-koluszkowskie zazwyczaj nie zawodzą. Tym razem też narzekać nie możemy. Spora w tym zasługa zawodników, których w sobotę w barwach Sonaty nie widzieliśmy. Piotr Grobelny, Mateusz Bryszewski czy Michał Grabski ożywili i przyspieszyli grę zespołu, co w starciu z energetycznymi jak zawsze Misiami musiało dać fajne do oglądania spotkanie. Warto jednak nadmienić, że pierwszy z nich wcale nie zaczął dobrze. Z czasem jednak wszedł w mecz, a ogólnie dobrą grę zwieńczył czymś specjalnym, ale o tym później. Pierwsze minuty to przemienne ofensywne próby jednych i drugich. Szarpnął Mariusz Kaźmierczak, szarpnął łodszy z braci Bryszewskich. W końcu jednak gra się uspokoiła i nic nie wskazywało na to, że wcale syrena nie wybrzmi przy wyniku remisowym. Byłoby to oczywiście bardzo sprawiedliwe, ale nic z takiej sprawiedliwości nie robił sobie Krzysztof Grzelak, który w 15 minucie wyszedł niesamowicie w powietrze i zmieścił głową piłkę za kołnierzem Miszczuka. Umiejętności gry głową ćwiczone przez dekady na pozycji stopera przydały się bardzo, ale nie wystarczyłyby gdyby nie idealne podanie Adama Grobelnego.

Odrobienie jednego gola było dla Misiów zadaniem do zrobienia i pierwsze trzy minuty to potwierdziły. Udało się brzezinianom dłużej utrzymać przy piłce. Wtedy jednak Sonata, a właściwie Piotr Grobelny wyszedł z kontrą i sam wymierzył sprawiedliwość niesamowitym strzałem z czuba w samo okienko bramki (piłka chyba odbiła się od jej konstrukcji). Gol kolejki był więc w garści Sonaty, podobnie jak trzy punkty. Z każdą kolejna minutą Misie miały bowiem coraz mniej argumentów, a Zieloni spokojnie prowadzili grę. Swoje okazje miał dobrze dysponowany w tym sezonie Grzelak, ale skuteczność nie jest jednak jego najmocniejszą stroną. Po bardzo dobrym drugim kwadransie Sonata spokojnie wygrywa więc drugi mecz w sezonie, po raz kolejny nie tracąc bramki. Misie rok temu, chyba nawet też w drugiej kolejce, wygrały z Sonatą wysoko 3:0. Tym razem jednak koluszkowianie zagrali dużo lepiej z tyłu i mieli dobrze dysponowanych Grobelnych, co wystarczyło na brzezinian. Niestety nadal formy nie może odnaleźć Mariusz Kaźmierczak, a szkoda, bo oglądanie jego zwodów musi się podobać.

Strzelcy: Grzelak, P.Grobelny