fffff

Czyste konto Adamsa w meczu Wątora… – Relacja z siódmej kolejki Ligii

Siódma kolejka za nami. W hicie Sonata bez straty bramki pokonała Czerwone Diabły. BKLAKA postawiła się POL-HUN-owi, ale jednak nie dała rady zatrzymać maszyny. Wysoko wygrały tylko drużyny z Brzezin. W meczu PLE Zdrowia z Marianami padł za to jeden z ładniejszych goli w sezonie.

Start Brzeziny 5:1 Atomówki

Siódmą kolejkę ligowych zmagań otworzył mecz Startu Brzeziny z Atomówkami, czyli drużyn, które w ligowej tabeli z wiadomych przyczyn są blisko siebie, ale dobrze wiemy jaki dzieli ich dystans. Bardzo szybko brzezinianie musieli go jednak nadrabiać, bo niespodziewanie na szybkie prowadzenie wyszła najmłodsza drużyna w stawce. Najpierw jednak bardzo niecelnie strzelał Poździej. Potem instruowani przez bramkarza Pachowskiego obrońcy tytułu nie decydowali się na takie nerwowe próby, a raczej starali się wolno i dokładnie rozgrywać piłkę. W końcu jednak pojawiła się jakaś strata, Mikołaj Kamiński ruszył prawą flanką, strzelił lekko, a po błędzie wspomnianego golkipera wpadła do siatki. Start nie przejął się zanadto stratą bramki. Szybko Janowski świetnie podał do Borowskiego, który z metra umieścił piłkę w siatce. Po chwili do gola Maciej B. dołożył też asystę drugiego stopnia wysokiej próby. Podawał do Matusiaka, który natomiast wyłożył futbolówkę Skwarkowi. Tak, ta akcja musiała się podobać. Atomówki zaczęły znowu odpowiadać, gdy na boisko wszedł Artur Szklarek. Zadziorny zawodnik dwukrotnie popędził prawym skrzydłem i oddał dwa strzały. Pierwszy trafił w słupek, drugi odbił Pachowski.

Już na tym etapie mecz mógł być rozstrzygnięty. Kilka dobrych sytuacji zmarnował bowiem Borowski, który szukał chyba zbyt fantazyjnych rozwiązań. Mimo wszystko to on był najjaśniejszą postacią spotkania, co chciał dodatkowo zademonstrować całkowicie bezproblemowym mijaniem przeciwników i tworzeniem sytuacji kolegom. W 20 minucie znowu groźnie było jednak pod bramką brzezinian. Tym razem straty dopuścił się Matusiak, a senior w barwach Atomówek posłał idealne podanie do Kamińskiego. Dobrze w obronie popracował jednak Skwarek i udało się uniknąć zagrożenia. Kolejne dwie akcje znowu należały do Borowskiego, który najpierw asystował przy golu Matusiaka, a potem sam wymierzył sprawiedliwość. Po 4 minutach miejsce miała zresztą kolejna podobna akcja. Tym razem Borowski ustawił się w samym narożniku boiska, dostał piłkę, zgrał ją do Matusiaka, a ten ładnie umiejscowił piłkę pod poprzeczką bramki Bedełka. Asystent przy tym golu kolejne kilka minut spędził w obronie, po czym wrócił na desant i od razu świetnie zrewanżował się za asystę przy pierwszej bramce i obsłużył Janowskiego. MVP sprzed trzech sezonów potrafił jednak zmarnować idealną sytuację. Potem dwie nawet lepsze miały Atomówki. Dwukrotnie młodzi piłkarze wychodzili z kontrami 2 czy 3 na 1 obrońcę. W bramce stał już wtedy rozgrzany strzałem Mrozińskiego drugi bramkarz Startu. W obu tych sytuacjach zastępca Pachowskiego przy sporej pomocy obrońcy spisał się jednak wyśmienicie i Start nie stracił już gola do końca spotkania. Stanęło więc na 5:1.

Strzelcy: Borowski(2), Matusiak(2), Skwarek – Matusiak

PLE Zdrowie Rogów 4:2 Mariany

Mecz zapowiadał się bardzo dobrze, bo obie drużyny miały do dyspozycji naprawdę mocne składy. Lepiej zaczęło PLE Zdrowie. Około 1 minuty spotkania Artur Kowalczyk dobrze, choć trochę za mocno podawał do Lubczyńskiego. Po chwili najlepszy Europejczyk tego sezonu już nie podawał, dobrze odwrócił się z piłką i strzelił. Na posterunku był jednak Tomczyk. W 5 minucie ten ostatni pomylił się jednak przy wprowadzeniu piłki do gry, zresztą pomyliła się w tej akcji ogólnie defensywa Marianów, czego zmarnować nie mogli bracia Kowalczyk. Artur przytomnie podał do Romana i było 1:0. Po 3 minutach mieliśmy już remis, ale okoliczności wyrównania były niespotykane. Dopiero co na boisku pojawił się Ostrowski. Bramkarz PLE – Stachecki – szybko chciał pograć z nowym zawodnikiem piłką od tyłu, ale za długo zwlekał z podaniem i nabił Patryka Romanowskiego, a piłka wtoczyła się do siatki. Kuriozalny gol, po którym mieliśmy jednak gola cudownego. Roman Kowalczyk wrzucał z rogu, piłka dotarła do Artura stojącego tyłem do bramki, co tylko sprowokowało go do odważnej próby niekonwencjonalnego uderzenia w stylu Ibry czy Giroud, po którym piłka wpadła w okienko. Zaraz po odzyskaniu prowadzenia PLE Zdrowie podwyższyło. Miłosz Kopeć przejął piłkę w środku pola, podprowadził i uderzył czubkiem buta tak, że Tomczyk przepuścił ją do bramki i było 3:1. W 13 minucie jednak kardynalny błąd przytrafił się Dawidowi Kowalczykowi. Obrońca z Rogowa podał za krótko, stwarzając tym samym stuprocentową sytuację Goździkowi. A Goździk takich nie marnuje. Na przerwę zawodnicy schodzili więc przy wyniki 3:2.

Druga zaczęła się od kolejnego błędu przy wprowadzeniu piłki do gry przez PLE. Tym razem źle podawał Miłosz Kopeć, ale Stachecki powstrzymał jednego z rywali przez zdobyciem łatwego gola. Po tej sytuacji mecz otworzył się na dobre. Zespoły przeprowadzały po dwie groźne akcje z rzędu i na przemian. Ten rollercoaster zakończył dopiero bardzo brzydki wślizg Mroczka w Romana Kowalczyka, po którym rozpoczęła się mała szamotanina, a gorąco było już do samego końca meczu. Nie było za to żadnej kary minutowe, co spowodowało powtórzenie się sytuacji za jakiś czas. W 22 minucie pierwszy naprawdę dobry w tym roku występ potwierdził Roman Kowalczyk, który po skutecznym przechwycie zrobił sobie pozycję strzelecką i był bliski szczęścia. Zarówno on, jak i uderzający za chwilę Kopeć, przegrali jednak pojedynek z Tomczykiem. W 24 minucie Mariany zrobiły jednak Europie prezent, Artur łatwo wszedł w posiadanie piłki i podwyższył na 4:2. Przez ostatnie 5 minut PLE Zdrowie chciało już wyraźnie uspokoić grę, zwolnić tempo, ale błędu nie ustrzegł się Rżanek. Naprawił go jednak Stachecki, wygrywając pojedynek z Romanowskim. W kolejnej groźnej sytuacji bramkarz PLE nie czekał jednak na rywala na linii, a wyszedł powstrzymać go wślizgiem przy linii bocznej boiska, kilka metrów za polem karnym. Skończyło się na kolejnych awanturach, przez które Mariany zabrały sobie szanse na jakąkolwiek zdobycz punktową. Podczas walki na słowa leciał bowiem czas i zabrakło go na skonstruowanie jakieś sensownej akcji na koniec. W bardzo ważnym meczu w środku ligowej tabeli wygrywa więc PLE Zdrowie i może patrzeć na jej wyższe piętro.

Strzelcy: A.Kowalczyk(2), R.Kowalczyk, Kopeć – Goździk, Romanowski

POL-HUN 2:1 BKLAKA
BKLAKA potrafi zaskoczyć faworytów i tym razem udało się jej to potwierdzić. POL-HUN zaczął lepiej, miał optyczną przewagę przez pierwsze 5 minut, niecelnie strzelał Chojecki. Potem Łukasz dobrze dogrywał do Świnogi, ale w defensywie bezbłędnie spisał się Warchoł. W tym momencie drużyną groźniejszą była już jednak BKLAKA. Daniel Grobelny miał okazje do wykazania się, choć mógł przed meczem po cichu liczyć na spokojniejszy weekend. POL-HUN-owi nie szło, akcje były rwane, brakowało tempa i dokładności. Sporo podań lądowało na autach, Michał Wójcik częściej wznawiał grę po wyjściu piłki za linię końcową niż po obronieniu jakiegoś strzału. BKLAKA starała się natomiast stwarzać sytuacje. Dobrze wyglądała współpraca Tosiaka i Wojtaszka, którzy np. w 11 minucie stworzyli bardzo dobrą akcję, ale piłka minimalnie opuściła wcześniej boisko. Na jakąkolwiek podobną akcję POL-HUN-u czekać musieliśmy do minuty 12. Wtedy to po błędzie defensorów BKL okazję miał Jacek Jankowski, ale dobrze w bramce pokazał się Wójcik. Bardzo krótko przed końcem pierwszej połowy ubrani na czarno zawodnicy dopięli wreszcie swego. Tosiak podawał do Wojtaszka, ten uderzył od razu i pokonał Grobelnego. Do przerwy mieliśmy więc niespodziankę, choć tylko jeśli patrzymy na tabelę. Na boisku naprawdę zawodnicy BKLAKI na prowadzenie zasłużyli.

Wiadome było jednak, że druga część gry będzie zapewne należeć do POL-HUN-u. Już trzy minuty po wznowieniu gry Maciej Kołada dobrze wystawił piłkę Chojeckiemu, który strzałem pod poprzeczkę wyrównał stan meczu. Potem dobrą, choć niezakończoną strzałem akcję przeprowadził Warchoł. Uderzenie, i to dające prowadzenie, po minucie oddał natomiast Kołada i było już zgodnie z przewidywaniami typerów do przodu dla POL-HUN-u. Po meczu mogło być w minucie 21, ale Jankowski nie trafił do bramki z metra. Nadmieńmy tutaj, że w drugiej połowie BKLAKA wcale nie odstawała przed przeciwnika. Nadal było dużo walki, nadal udawało się przegrywającym rozgrywać piłkę bardzo blisko bramki Ciapka. Dwa razy nie udało się jednak dopilnować niezwykle groźnych piłkarzy POL-HUN-u i zwycięstwo uciekło. W 27 minucie na dodatek kontuzji doznał Wojtaszek, a bez niego trudno mówić obecnie o grze ofensywnej zespołu. W końcówce POL-HUN ratował się wręcz wybiciami na uwolnienie i bronieniem rezultatu. Goniący wynik pokazali natomiast, że muszą pracować nad rzutami wolnymi, bo fatalnie rozegrali oba rzuty wolne w końcówce. Za mecz należy też pochwalić Michała Wójcika. Bramkarz BKLAKI, grający zazwyczaj w polu (ma już gola w tym sezonie), też miał okazje do pokazania swoich umiejętności i trzeba przyznać, że sprzedał je dobrze. W barwach POL-HUN-u pochwała należy się tym, którzy zdobywali gole, bo w tym słabym w wykonaniu wicelidera meczu chodziło tylko o zdobycie punktów, których bez bramek nie byłoby na pewno.

Strzelcy: Wojtaszek – Kołada, Chojecki

Sonata 2:0 Czerwone Diabły

Wielki hit dnia rozpoczął się od szybkiej bramki. Już po czterdziestu pięciu sekundach po dobrej akcji prawie całej Sonaty z gola cieszył się Nasalski. Udział przy bramce mieli i obrońcy i grający z przodu Wojtaszek, i Grabski. Lider prowadził więc praktycznie od początku meczu, ponadto miał do dyspozycji więcej zmian. Tylko dwóch rezerwowych Diabłów mogło oznaczać kłopoty tej drużyny w razie wyniszczającego meczu. Po straconej bramce przedostatni mistrzowie osiągnęli lekką przewagę, ale nie na długo. Potem znowu atakowała Sonata. Sam na sam miał Krystian Nasalski, lecz przegrał rywalizację z Wątorowskim. Niecelnie strzelał Piotr Grobelny po podaniu brata. Bardzo dobrze od początku spisywał się też Grabski. W 8 minucie Jakub Sztuka dał Perkowi szansę na dobitkę, ale Jakub spudłował. Następnie piłkę w środku przejął Wojtaszek i znowu Diabły uratował Wątorowski. Mniej więcej do trzynastej minuty intensywność meczu spadła. Diabły chciały jeszcze wyrównać przed przerwą, ale Sonata na sobie tylko znany sposób szybko uspokoiła grę i zażegnała zagrożenie. Co więcej, sama przeszła do uderzenia. Wolnego wywalczył waleczny jak zwykle Piotr Grobelny, strzelał Bryszewski i znowu świetnie w bramce spisał się golkiper Diabłów. Przed samym końcem połowy pięknym rajdem popisał się jeszcze Krzysztof Grzelak, ale nie zdołał już podać dokładnie.

W drugą część gry lepiej weszła drużyna prowadząca. Od początku trwał ostrzał bramki Wątorowskiego. Próbowali Adam Grobelny, Piotr Grobelny i Grabski. Skończyło się co najwyżej na obiciu słupka. Dwie koluszkowskie drużyny grały z bardzo dużym zaangażowaniem. Widzieliśmy tylko nieznacznie mniej fauli niż w spotkaniu PLE Zdrowia z Marianami. W przewinieniach brylował szczególnie Jakub Sztuka. W końcu kontuzję odniósł Wojtaszek. W 23 minucie w słupek strzelał Mateusz Bryszewski. W 26 minucie stuprocentową sytuację miał Krzysztof Duczek, ale swoją klasę potwierdził Adamczyk. W odpowiedzi Sonata przeprowadziła piękną kontrę, Piotr Grobelny idealnie podał między nogami przeciwnika, piłka dotarła do Grabskiego, ale i jego strzał, i dobitkę Nasalskiego obronił Wątorowski. Zacięty mecz powoli się kończył. Gdy do końcowej syreny zostały mniej niż dwie minuty Diabły postanowiły zdjąć swojego najlepszego zawodnika z bramki i zagrać szóstką w polu. Pomysł dobry, sprawdzał się już w Lidze Halowej, ale nie tym razem. Wątorowskiego zastąpił między słupkami Jakub Perek, a działo się to, gdy Sonata wykonywała aut w niebezpiecznym miejscu. Ktoś podał do Grabskiego, a ten ładnym strzałem pokonał Perka i było po meczu. W ostatniej akcji meczu Hubert Marczyk strzelił jeszcze bardzo wysoko nad bramką i Sonata dopisała sobie kolejne 3 punkty. Bardzo ciekawy będzie rewanż między tymi drużynami, gdy Diabły będą mieli do dyspozycji większą liczbę jakościowych zmienników. Porównując formę Sonaty i POL-HUN-u z tej kolejki możemy być pewni, że walka o mistrzostwo będzie fascynująca.

Strzelcy: Nasalski, Grabski

Misie 6:1 Galacticos

Misie i Galacticos to zespoły prezentujące podobny styl gry, co często zaznaczam w relacjach. Nie ma jednak wątpliwości, że tegoroczni debiutanci przypominają brzezinian z samego początku przygody z Ligą (pomijając mecz z Sonatą). Teraz Misie to już gwarancja pewnej jakości, drużyna w ogóle nie uzależniona od Mariusza Kaźmierczaka (Galacticos są uzależnieni od Hajduka), to zespół, który potrafi ograć Start bez podstawowych zawodników, bo w tej chwili już każdy z piłkarzy potrafi strzelić gola czy świetnie zagrać z tyłu. Pierwsza połowa niedzielnego meczu była jednak bardzo wyrównana. Zespoły grały na podobnym poziomie, tworzyły podobną (skromną) liczbę sytuacji. W barwach Galaktycznych przodował oczywiście Kłusek, który przejmuje rolę lidera, gdy nie ma Hajduka. W poczynaniach niebieskich brakowało jednak ostatniego podania i większość prób kończyła się na zrobieniu zamieszania pod bramką Miszkiewicza. Misie atakowały rzadziej, grały mniej widowiskowo niż w poprzednich spotkaniach. Być może dlatego, że pojawiło się kilku bardzo rzadko grających na lidze zawodników, którzy w żaden sposób nie zaniżyli poziomu drużyny (jak się okaże – wręcz przeciwnie), ale nie grając regularnie nie mogą być tak zgrani z resztą. Tak dochodzimy do piętnastej minuty meczu, kiedy to aut wykonywali brzezinianie. Po wycofaniu piłki dość daleko przed pole karne ładnie uderzył Pietrzak. Udało mu się trafić w samo okienko i Misie wyszły na prowadzenie.

Trafienie to zmieniło wszystko. Od razu po przerwie na 2:0 podwyższył mający sezon życia Łukasz Markiewicz. W 18 minucie ten sam zawodnik dotknął chyba piłkę mocno wybitą z autu, która ostatecznie wpadła do bramki, ale sędziowie uznali inaczej. Potem odgryźć chcieli się jeszcze Galaktyczni, lecz świetnie dwa razy bronił Miszkiewicz. W 22 minucie Misie przeprowadziły kontrę weekendu. Jej reżyserem i jednocześnie finalizatorem był Kępa. W międzyczasie w końcu udało się pokonać Miszkewicza. Dokonał tego Starosta, więc nadal Galaktyczni mają w szeregach jedynie trzech zawodników ze strzelony golem. Zaraz potem było już 4:1. Gol padł dzięki bardzo ambitnej postawie Hanca, który dobił odbitą przez bramkarza piłkę. Mecz znacznie się otworzył, Galacticos szukali goli i atakowali, ale bramkarz Misiów bez problemu zatrzymywał piłki. Brzezinianie dodatkowo świetnie kontrowali i po dwóch kolejnych akcjach zaczepnych gole strzelali Pietrzak i Kolasa.

Strzelcy: P.Pietrzak(2), M.Kolasa, Markiewicz, Hanc, Kępa – Starosta