5

Emocje na Start i na koniec.. – relacja z 5 kolejki Ligi

Niecodziennie wydarzenia z początku pierwszego meczu trochę przedłużyły nam piątą kolejkę, ale ostatecznie nawet w tym meczu nie padło ponad 50 bramek. Nie zmienia to faktu, że było trochę emocji, choć głównie w ostatnim meczu. Wcześniej Misie, POL-HUN i Galacticos wygrywały bardzo spokojnie.

BKLAKA 2:4 Sonata

Pierwsze spotkanie piątek już kolejki rozgrywek rozpoczęło się od sytuacji bardzo nietypowej. Obie drużyny postanowiły wyrazić swoje niezadowolenie wobec władz Ligi i decyzji w sprawie meczów obu ekip ze Startem, w barwach którego występował niewpisany na listę Robert Łakomy. Cała sprawa jest mocno skomplikowana, ale żeby nie wchodzić w szczegóły których i tak nie znam nadmienię tylko, że skończyło się ostatecznie na walkowerach i wynikach 3:0 dla Sonaty i BKLAKI. Zadowoleni z takiej decyzji zawodnicy obu drużyn zakończyli swój bojkot i rozpoczęli normalne spotkanie. W regularnej grze strzelanie goli nie było już jednak tak proste jak podczas protestu gdzie zawodnicy pozwalali sobie zdobywać gola za golem (po 5 minutach było 12:11, miało się skończyć chyba 30:29). Sonata atakowała, ale nie tworzyła klarownych sytuacji, a gdy już je miała nie udawało się pokonać Jacka Woźniaka. BKLAKA grała podobnie jak ze Startem, czyli dobrze się broniła i kontrowała. Dopóki autorem akcji zaczepnych był Michał Wójcik nic złego się nie działo, ale w końcu jedną z nich przeprowadzili Cuchra i Kłosiński, co skończyło się golem dla BKLAKI. Sonata, która wobec walkowera jest niepokonana i ma spore szanse na mistrzostwo, nie mogła nie zacząć atakować aktywniej. Do przerwy udało się jednak tylko wyrównać po lobie Bryszewskiego. Większe brawa za pierwszy kwadrans regularnej gry należy się jednak BKLACE.

Druga połowa to już jednak dowód na zdecydowaną wyższość Sonaty. Dość szybko udało się Zielonym wyjść na dwubramkowe prowadzenie. Stało się po dwóch bardzo do siebie podobnych akcjach prawą stroną boiska, po których piłka była mocno podawana do środka. Pierwsze takie zagranie wykorzystał słaby do tej pory Jacek Wojtaszek, a drugie Adam Grobelny. BKLAKA nie poddawała się oczywiście, ale w drugiej połowie jedynym zagrożeniem dla Adamczyka były i tak niezbyt trudne do złapania strzały Piotra Wojtaszka z tak zwanej krótkiej nogi. W 25 minucie kwestia zwycięstwa została ostatecznie wyjaśniona, bo po dłuższej akcji i dobrym podaniu Piotra Grobelnego do bramki Woźniaka na raty trafił Grabski. W samej końcówce w szeregach Sonaty pojawiło się małe rozluźnienie. Adamczyk najpierw nabił Wójcika w pobliżu bramki i było naprawdę blisko kuriozalnego gola, a potem dużo miejsca na prawej flance miał Drzymała, co skończyło się jego ładnym i skutecznym strzałem pod poprzeczkę. Ostatecznie więc Sonata wygrywa 4:2, ale co najważniejsze dla obu drużyn wyniki ze Startem z poprzedniego weekendu zostaną zweryfikowane jako walkowery. Można więc powiedzieć, że wygrały obie drużyny, a ta w zielonych koszulkach nawet podwójnie.

Strzelcy: Drzymała, Kłosiński – A.Grobelny, J.Wojtaszek, K.Bryszewski, Grabski

Mariany 1:4 POL-HUN

Początek sezonu w wykonaniu Marianów jest oczywiście obiecujący, ale i tak w starciu z POL-HUN-em trudno dawać tej odmłodzonej trochę drużynie wielkie szanse na punkty. Oczywiście jedyną dobrą taktyką na faworytów do podniesienia pucharu jest cofnięcie się i szukanie szans w kontrach pryz pełnej koncentracji w tyłach. Mariany dobrze o tym wiedziały, więc od początku zarysowała się ogromna przewaga POL-HON-u w posiadaniu piłki. W defensywie skazywana na porażkę drużyna prezentowała się jednak bardzo dobrze, grała twardo, czasami nawet zbyt twardo dość często dopuszczając się fauli. W końcu jednak musiał przytrafić się błąd, który wykorzystał skutecznym strzałem piątą Jakub Bielski. Potem warto odnotować piekielnie mocne uderzenie Golańskiego w słupek i dużo lżejsze Gieracha w dobrej sytuacji. Cały czas dobrze w bramce Marianów spisywał się Tomczyk, choć w 12 minucie mógł zachować się lepiej po kolejnej popisowej akcji Bielskiego, który dostał dobre, ale trochę za mocne podanie prostopadłe, a i tak doszedł jakimś cudem do piłki, kopnął ją w kierunku bramki, a ta w dziwnych okolicznościach do niej wpadła. Pewnie odbiła się od czyjegoś buta i dopiero wpadła do siatki ale sprawiedliwym wydaje się zaliczenie gola Bielskiemu.

W drugiej połowie przewaga POL-HUN-u była mniejsza. Przez jej sporą część jedyne sytuacje jakie mieli wiceliderzy tabeli prokurował nieudanym wybiciami Tomczyk, ale i tak naprawiał je potem dobrymi interwencjami. Na dobrą sprawę Mariany mogły pokusić się nawet o wyrównanie, bo niezłe okazje po kontratakach mieli Mroczek i Romanowski. Zabrakło jednak skuteczności, a bez niej nie można marzyć o sprawieniu niespodzianki. Tym bardziej, że POL-HUN swoje szybkie ataki wykorzystywał. Przy obu udział miał Stasiak, który najpierw sam wymierzył sprawiedliwość, a potem dograł do Golańskiego. Faworyt wykonał więc kolejne zadanie i nadal kroczy od zwycięstwa do zwycięstwa, choć znowu nie można mówić o zachwycającej grze. Potwierdza to np. utrata gola w samej końcówce, po akcji i strzale Mroczka. O to jednak w tym wszystkim chodzi, żeby nie zachwycać w kilku meczach, ale właśnie by spokojnie wygrywać jeden za drugim. Tak się zdobywa mistrzostwa, do którego oczywiście jeszcze bardzo daleko, to dopiero półmetek fazy zasadniczej. Aha, swoich statystyk nie poprawił w sobotę Łukasz Chojecki, ale usprawiedliwić można go kontuzją, której nabawił się jeszcze w pierwszej połowie meczu.

Strzelcy: Mroczek – Bielski(2),Stasiak,Golański

Atomówki 0:3 Galacticos

Do drużyny Galacticos po dwumeczowej nieobecności wrócił Krzysztof Hajduk i był to powrót bardzo istotny. To właśnie ten zawodnik był bardzo aktywny od początku meczu. W 5 minucie po raz pierwszy wpisał się na listę strzelców, mijając wcześniej przeciwników bardzo swobodnie i strzelając między nogami bramkarza Atomówek. Galacticos mieli ogólnie bardzo dużą przewagę i aż dziw bierze po co wobec tego oddawali tyle strzałów z dystansu. Taki jest już chyba jednak styl tej drużyny. Mówiąc o przewadze nie mam jednak na myśli spokojnego rozgrywania piłki. Nie, Galacticos bardzo szybko przenosili ciężar gry pod bramkę przeciwnika, nie chcąc przesadnie długo bawić się w mozolne konstruowanie akcji. W końcu do głosu doszła też najmłodsza z drużyn w lidze, ale okres jej większej aktywności skończył się kontrą Galaktycznych w wymiarze trzech na jednego. Hajduk nie zamierzał w takiej sytuacji wykorzystywać swoich kolegów i skończył atak ładnym strzałem i golem na 2:0.

W drugiej połowie trochę pracy mieli obaj bramkarze. Bedełek oczywiście musiał radzić sobie z kolejnymi strzałami z dystansu i trzeba przyznać, że szło mu to nieźle. Jego vis a vis Strzechowski również kilkukrotnie był zmuszony do odbijania piłki, ale nie miał z tym problemów. W końcu w 21 minucie golkiper przegrywającej drużyny popełnił spory błąd wypluwając prostą piłkę przed siebie, czego zmarnować nie mógł Starosta. Było więc 3:0. W końcówce poatakowały sobie też Atomówki, ale Galacticos spokojnie dowieźli zwycięstwo w tym niespecjalnie porywającym meczu do końca.

Strzelcy: Hajduk(2), Starosta

Misie 4:0 LKS Gałkówek

Rok temu wysokie zwycięstwo Misiów nad LKS-em nie byłoby niczym zaskakującym. Teraz jednak skład gałkowian jest dzięki rezygnacji FCG dużo mocniejszy i nie dziwi fakt, że w typerze pojawiały się prognozy zwycięstwa zarówno jednej, jak i drugiej drużyny. Misie są jednak w bardzo wysokiej formie, co potwierdził głównie mecz derbowy z niedzieli i to wystarczyło, żeby pokonać LKS 4:0. Drużyna z Brzezin była lepsza już od samego początku meczu. Bardzo szybko zresztą Mariusz Kaźmierczak świetnie podał do Mariusza Maślanko, a ten pewnie dał swojej drużynie prowadzenie. Niedługo potem Grochowalski podwyższył na 2:0. Warto dodać, że mimo kontuzji ręki na boisku przebywał Grzegorz Kaźmierczak. W przeciwnej drużynie oglądaliśmy m.in. Ireneusza Samca, ale jego pierwszy mecz w tym sezonie nie był występem na miarę możliwości zawodnika, który brał przecież udział m.in. w meczu z Widzewem Łódź w ramach Pucharu Polski i wyglądał w nim całkiem nieźle.

W drugiej połowie meczu na boisku nie było już Mariusza Kaźmierczaka. Nie chodziło bynajmniej o kontuzję, chociaż dzień później popularny Mały również był nieobecny. LKS chciał to wykorzystać m.in poprzez akcje Brzezińskiego, ale brakowało skuteczności. Nadal błyszczał mający świetny dzień Maślanko. W jednej z akcji najpierw bardzo mocno uderzył w poprzeczkę, by po chwili już dużo lżej, bardziej technicznie zmieścić piłkę obok słupka i podwyższyć na 3:0. Mocne uderzenia również mogą skuteczne, co pokazał później Łukasz Markiewicz, popisując się pięknym strzałem na 4:0 po akcji z prawej strony. LKS potrafił odpowiedzieć tylko strzałem w słupek Karola Chmielewskiego, który tym razem nie pokazał przesadnie wiele z bogatego przecież repertuaru zagrań. Misie pełnie swoich możliwości pokażą natomiast w niedziele, kiedy to pokonają Start w derbach.

Strzelcy: Maślanko(2), Markiewicz, Grochowalski

Czerwone Diabły 2:2 Start Brzeziny

Do meczu kolejki zespoły przystąpiły w bardzo mocnych składach i zupełnie innych nastrojach. Po aferze z walkowerami zabrakło oczywiście Roberta Łakomego, Marcin Olejniczak zaczął grać dopiero od niedzieli. W barwach Czerwonych Diabłów pojawili się niespodziewanie ściągnięci rok temu zawodnicy z Łodzi, którzy mieli pomóc w obronie tytułu, co ostatecznie się nie udało. Co do tych odmiennych nastrojów to oczywiście brzezinianie nie mogli mieć najlepszych tracąc przez własne niedopatrzenie szanse na mistrzostwo, a Diabły musiały cieszyć się z niepowodzenia jednego z najgroźniejszych rywali do tytułu. Początek spotkania należał jednak do Startu. Obrońcy tytułu przeprowadzili kilka efektownych akcji, na czele z tą w której długim podaniem obsłużono Borowskiego, który od razu zgrał piłkę do Matusiaka i zabrakło tylko lepszego strzału blondwłosego zawodnika. Koluszkowian w początkowej fazie meczu ratował Wątorowski. W końcu jednak i on zachował się nie najlepiej i z gola cieszył się pozytywnie zaskakujący Koperniak. Czerwone Diabły próbowały oczywiście się odgryzać, ale formę z najlepszych czasów przypomniał sobie Janowski i kierował defensywą Startu tak dobrze, że Pachowski w pierwszej połowie nie musiał interweniować. Brzezinianie pokazali w pierwszym kwadransie, że mogą grać świetnie i bez Łakomego.

Niestety pokazali też, że maksymalnie przez kwadrans. W drugiej części gry Start niby nadal wyglądał nieźle, ale nie aż tak żeby podwyższyć prowadzenie, a do tego w grze mistrzów pojawiły się bardzo proste błędy. O ile tych drugich w tym sezonie wielu nie było, to już strzelanie goli na pewno przestało być największym atutem Startu. Same pomyłki z Diabłami były natomiast karygodne. Najpierw po naprawę niezłej akcji na prawej flance i długim utrzymaniu się przy piłce zamiast sytuacji dla Startu mieliśmy sam na sam Jakuba Perka. Jak do tego doszło? Otóż Robert Szubert podał do tyłu przez całe boisko, dokładnie w miejsce, gdzie przez cały mecz stał napastnik Diabłów. Ten przyjął piłkę, minął Pachowskiego i wyrównał. Wyglądało to trochę jak asysta Maksymiliana Rogalskiego z meczu Wisła Płock – Ruch Chorzów, co nie jest najlepszą recenzją zagrania Szuberta. Minęło trochę czasu a pomylił się też bezbłędny do tej pory Jarosław Janowski. Tym razem piłkarz Startu podał do Krzysztofa Duczka, a lider Czerwonych Diabłów trochę jak Mariusz Maślanko w poprzednim meczu zmieścił piłkę obok słupka. Niefrasobliwość swoich kolegów od razu w bardzo stanowczy sposób skwitował Pachowski, który nie wytrzymał zresztą między słupkami i zszedł z boiska. Najpierw zastąpił go drugi bramkarz, a za chwilę już Artur Poździej, który w tym roku zaskakująco często musi występować w roli lotnego bramkarza. Przewaga liczebna wyszła Startowi na dobre, znowu brzezinianie nie stracili gola grając z pustą bramką, a zyskali sporą przewagę w grze. Brakowało jednak pomysłu na doprowadzenie do klarownej sytuacji. Tym razem dobrze w tyłach prezentowały się Diabły nie pozwalając rywalom specjalnie zbliżyć się we własne pole karne. W takiej sytuacji został strzał z dystansu. Na 30 sekund przed końcem bardzo mocno uderzył Poździej i po jakimś rykoszecie piłka wpadła do siatki. Przed końcową syreną świetną szansę na gola na 3:2 miał Paweł Swaczyna, ale nie trafił w dogodnej sytuacji i skończyło się podziałem punktów. Podziałem, który dla Czerwonych Diabłów oznacza utrzymanie statusu drużyny niepokonanej i równe szanse na końcowy triumf co Sonata i POL-HUN, a dla Startu w kontekście niedzielnych derbów grę o nic do końca sezonu.

Strzelcy: J.Perek, Duczek – Koperniak, Poździej