1kolejkaico

Ho, ho, Chojecki… – Relacja z 1 kolejki Ligi

Pierwsza kolejka za nami. Przyniosła niespodziewane zwycięstwo debiutantów, popis doświadczego Krzysztofa Grzelaka, porażkę obrońców tytułu i zaprezentowanie się prawdziwego Dream Teamu w pasiastych strojach. Dostęp do opisów danego meczu macie poprzez kliknięcie na wybrane spotkanie na stronie głównej. Tutaj wersja łączona dla wszystkich, którzy chcą przeczyać opisy za jednym zamachem.

SONATA 2:0 MARIANY

Nowy sezon otworzyły dwie mające duży wkład w historię Ligi drużyny. W tym sezonie łączyć je może postać Michała Skorzyckiego, który w wiosenno-letnim mercato zamienił Sonatę na Mariany. Ponadto do drużyny grającej na biało-czarno dołączył bardzo młody i bardzo uzdolniony Patryk Romanowski, którego styl gry jak najbardziej predysponuje do gry na hali. Widzimy więc wyraźnie, że zmiany idą w kierunku odmłodzenia składu. Na podobny zabieg miała się ponoć (takie plotki słyszałem) zdecydować Sonata. Pierwszy mecz sezonu nie potwierdził jednak tych informacji, bo skład wielokrotnych medalistów był bardzo doświadczony. Już w niedzielę okazało się, że rzeczywiście pewien powiew młodości się pojawił. W sobotę jednak jedynym zaprezentowanym wzmocnieniem drużyny był Rafał Adamczyk. Jedynym, ale jak łatwo można się domyślić bardzo znaczącym.

Bardzo szybko, bo już w 3 minucie okazało się, że liderem doświadczonej drużyny będzie najbardziej z niej doświadczony Krzysztof Grzelak. To właśnie ten obrońca popisał się pięknym strzałem i dał Sonacie prowadzenie. Po nim odgryźć się spróbowały Mariany, ale nieskutecznie. Trzeba jednak przyznać, że nie były przynajmniej na początku drużyną słabszą. Przynajmniej jeśli chodzi o grę. Wynik bowiem w 5 minucie zrobił się jeszcze gorszy. Tym razem po klasycznej dla Sonaty akcji asystę zaliczył Wojtaszek, a gola Gajek. Mająca dość bezpieczną przewagę drużyna Michała Dymowicza zaczęła zyskiwać kontrolę nad meczem. Cały czas najgroźniejszy był grający zaskakująco wysoko Grzelak. Szkoda, że brakowało mu skuteczności. Warto też zauwazyć bardzo dużą ilość akcji rozgrywanych od tyłu z udziałem Adamczyka. Nie jest to oczywiście zaskoczenie, bo ten golkiper zawsze miał więcej konktaktów z piłką nogami, niż rękoma, ale jest na pewno dużą zmianą w stosunku do poprzedniego sezonu, w którym bramkarz Sonaty nie był mistrzem w tym cenionym przez np. Pepa Guardiolę elemencie gry.

Drugą połówkę nieźle zaczęły Mariany, a konkretnie Radek Kołada, który przeprowadził akcję i strzelił, niestety niecelnie. Potem jego wyczyn, już na drugą bramkę, powtórzył Bryszewski. W 21 minucie młody zawodnik Marianów miał duże szanse stanąć przed jeszcze lepszą szansą, ale po groźnej kontrze i dobrym podaniu Wajszczyka zatrzymał się już na pierwszm obrońcy. Nie był to na pewno mecz Kołady, ale z drugiej strony nikt poza nim nawet specjalnie nie próbował zagrozić zajętemu kreowaniem gry Adamczykowi. Przeciętnie jak na swoje możliwości zagrał Mroczek, brakowało Goździka, Romanowski grał za mało by rozruszać grę. Sonata nie forsowała tempa, grała swoje, a kolejne okazje miał Grzelak. Popularny Profesor powinien zdobyć w tym spotkaniu co najmniej cztery gole, ale czasami po prostu ponosiła go fantazja. Trudno jednak by obniżyło to znacząco ocenę dla Krzysztofa za ten mecz, bo ostatecznie skończyło się na spokojnym zwycięstwie. Innymi wartymi pochwalenia zawodnikami są na pewno Wojtaszek i bramkarz Marianów – Mariusz Tomczyk, który choć na bramce stoi z przymusu, robi to jak na razie (patrz szóstka kolejki z niedzieli) bardzo dobrze.

Strzelcy: Grzelak, Gajek

PLE Zdrowie Rogów 1:2 Galacticos

Nowe stroje, nazwa, bramkarz i nowe nadzieje na nowy sezon. Wszystko brzmi pięknie, ale dla Europejczyków na pewno przestawało tak brzmieć z każdą kolejną minutą drugiego meczu kolejki. W szranki z mistrzami przed 3 lat (nowi czytelnicy włącznie z Galacticos mogą nie pamietać/wiedzieć) stanęli bowiem Galaktyczni debiutanci. Faworytem musiało być PLE Zdrowie Rogów, nawet jeśli radzić musiało sobie bez Lubczyńskiego. Z tej roli jednak drużyna napędzana przez Romana Kowalczyka wywiązała się fatalnie. Galacticos zaczęli mecz lepiej, szybko tworząc dwie groźne sytuacje. Potem wpomniany Toman uderzył z daleka, ale bardzo niecelnie, i znowu to nowicjusze na halówce zaatakowali. Uderzał Hajduk, a piłka odbiła się od dwóch słupków i nie wpadła ostatecznie do bramki Stacheckiego. W zasadzie jedynym zagrożeniem bramki debiutantów była jedna z indywidualnych akcji Romana Kowalczyka, po której rozgrywający przewrócił się po rzekomym faulu bramkarza. Przewinienie chyba rzeczywiście miało miejsce i to w polu karnym, ale sędzia wskazał tylko na róg. W ostatniej minucie pierwszej połowy dwie dobre akcje przeprowadzili jeszcze Galacticos. Nie oddali co prawda po nich celnych strzałów, ale i tak niespodzianka wisiałą w powietrzu. Trudno ocenić czy za sprawą dobrej postawy nowego zespołu, czy słabej PLE Zdrowia Rogów.

Pod koniec poprzedniego akapitu pisałem o kontrowersji z udziałem m.in. Romana i sędziego. Takich sytuacji było więcej, a po jednej z nich z początku drugiej połowy lider Zdrowia musiał opuścić boisko na dwie minuty. Galacticos otrzymali rzut wolny, który świetnie bardzo mocnym strzałem na gola zamienił Hajduk. Trafienie to jak najbardziej mu się należało. Strata bramki nie obudziła faworytów. Brakowało pomysły, tempa, dokładności, zrozumienia z nowym napastnikiem, któremu trudno będzie zastąpić Trzewikowskiego. Zresztą nawet skutecznemu latem Majkelowi będzie o to bardzo trudno (mimo niedzielnych goli). To właśnie on nie zrozumiał się z Romanem w 22 minucie, w konsekwencji czego zmarnowana została jedna z nielicznych groźnych akcji PLE Zdrowia w tej połówce. W 24 minucie znowu do ataku ruszyli Galaktyczni. Tym razem jednak sam na sam wygrał Stachecki, który już dwie minuty później sam postanowił spróbować szczęścia w ataku. Bramkarz ruszył z piłką przez całe boisko, lecz w końcu ją stracił. Zdążył co prawda wrócić na bramkę, ale nie dał rady obronić strzału Starosty, który tym golem zabił mecz, jak to mawia redaktor Święcicki. Nie wskrzesił go już nawet strzał pod poprzeczkę Rżanka po ostatniej, pierwszej składnej i efektownej, akcji Zdrowia w tym meczu. Porażka z debiutantem stałą się faktem. Czy Galacticos trzeba się jednak bac? O to można spytać Marianów..

Strzelcy: Hajduk, Starosta

Misie 7:2 Atomówki

Misie mają za sobą pracowite miesiące. Występowali z powodzeniem w dwóch ligach – Brzezińskiej i Wiejskiej. Czy dzięki kolejnym rozgrywanym w podobnym składzie meczach o punkty będą w tym sezonie halówki drużyną lepszą niż przed rokiem? Jest taka szansa, chociaż oczywiście ich atutem przestaje już być bycie drużyną nową. Taką są Atomówki, choć z drugiej strony zdecydowana większość czwartej drużyny JNL ma za sobą już występy w HLPN, głównie w zespole OSIR-u. Od początku spotkanie było wyrównane i przede wszystkim ciekawe. Mimo braku jakichś klarownych sytuacji oglądało się to dobrze. Główne role grali jednak brzezinianie. Jak zwykle z daleka strzelał Bartosińki, a Grzegorz Kaźmierczak był po prostu wszędzie. W 8 minucie wspomniany Bartosiński strzelił mocno, ale trafił w kolegę, by za minutę zmieścić już piłkę obok słupka i dać Misiom prowadzenie. W 12 minucie ten drugi, a więc popularny Kazik, wykorzystał brak zdecydowania obrońców Atomówek i wpakował do bramki piłkę, która wcześniej przeszła przez całe pole karne. Po minucie kontakt z rywalem przywrócił młodszej drużynie Artur Szklarek, wykorzystując świetnie podanie najstarszego piłkarza swojej drużyny.

Zapowiadało się więc bardzo ciekawie. Szybko dwubramkowe prowadzenie przywrócił jednak Misiom Grzegorz Kaźmierczak, który podobnie jak za pierwszym razem znalazł się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie. Atomówki nie odpuszczały jednak i mogły dostać za to nagrodę. W 21 minucie Olczyk miał bowiem dwie świetne okazje do pokonania bramkarza brzezinian (znowu trzeba pochwalić Szklarka). Niestety młody zawodnik dwukrotnie się pomylił, co skończyło się kontrą i golem aktywnego w sobotę Markiewicza. W 24 minucie Olczyk znowu nie zachował się najlepiej, tym razem będąc zbyt delikatnym w asysście Bartosińskiego, co niegroźną z pozoru akcję zmieniło w akcję bramkową, dającą dublet defensorowi Misiów. Zrobiło się więc już 5:1, co musiało dać prowadzącym spokój. Na dużym luzie przeprowadzili więc kolejną akcję, po której do pustej bramki pilkę wbił Markiewicz. Atomówki odgryzły się jeszcze strzałem w słupek swojego jedynego najbardziej doświadczonego przedstawiciela i..golem Olczyka, który padł w kuriozalnych okolicznościach. Pełną winę ponosi oczywiście bramkarz Misiów, a Olczykowi zostało wejść z futbolówką do bramki. Jakby goli było mało równo z syreną swojego dorzucił jeszcze Maślanko, zresztą również rozgrywający dobry mecz.

Strzelcy: G.Kaźmierczak(2), Markiewicz(2), Bartosiński (2), Maslanko – Olczyk, Szklarek

LKS Gałkówek 3:0 BKLAKA

Mecz dla koneserów Ligi Halowej. W poprzednim sezonie było przy jego okazji sporo emocji różnego typu. Tym razem było ich zdecydowanie mniej. Obie drużyny się zmieniły. BKLAKA dosięgnęła prawdziwa młodzieżowa rewolucja i czarne koszulki tej drużyny zaczęli przywdziewać kilkunastoletni zawodnicy KKS-u, tacy jak Wojciech Kaczmarek, Kacper Drzymała czy Artur Cuchra. Imponująca jest kadra BKL jeśli chodzi o liczbę dostępnych zawodników. Spokojnie można by z nich zbudować dwie drużyny. Takich problemów nie ma Gałkówek, który przejął co prawda Pawła Kartasińsiego i Łukasza Cienkusza z FCG, ale i tak w dwóch pierwszych meczach sezonu nie dysponował żadnym rezerwowywm. Już w drugiej minucie broniący w BKLACE Jacek Woźniak popełnił błąð i umożliwił łatwą zdobycz bramkową Kartasińskiemu. Po minucie golkiper zachował się już lepiej, a szansę LKS-owi dał swoim nie ostatnim błędem Majchrzak. W 6 minucie w końcu uderzył Adamczyk, ale jak na siebie bardzo lekko i dobrze dysponowany Cieplucha nie mógł mieć z tym problemów. Po chwili Brzeziński strzelał na przeciwną bramkę, a dobitką popisał się były bramkarz Cienkusz i było 2:0. BKLAKA probówała coś zdziałać strzałami Adamczyka, ale cięzko było tak zaskoczyć Ciepłego. Znacznie groźniejsze były kontry Brzezińskiego, choć niezłą wyprowadził też Piotr Warchoł, którego zatrzymać faulem musiał sam Susik.

W drugiej połowie zarysowała się przewaga BKLAKI. Widać było, że tej drużynie bardzo zależy na odrobieniu strat. Brakowało jednak jakości, której w pierwszym meczu nie dali jeszcze młodzi zatępcy Kowalskiego czy Tosiaka. LKS spokojnie się bronił i kontrował. Na 3:0 podwyższył jeszcze Brzeziński z rzutu wolnego i wiadomo było, że dużo już się wydarzyć nie może. Uwaga kibiców skupiona była raczej na ubranym w pasiastą, biało-błękitną koszulkę Chojeckim..BKLACE zdobycie gola w sobotę chyba nie było pisane, bo jak nie inaczej wytłumaczyć brak trafienia Majchrzaka z ostatniej, trzystuprocentowej sytuacji w meczu. LKS ma dwóch groźnych zawodników z przodu i bardzo solidnego bramkarza. Taki kapitał powinien wystarczyć do wygrania kilku meczów w sezonie i poprawienia rezultatów z zeszłego sezonu.

Strzelcy: Kartasiński, Brzeziński, Cienkusz

POL-HUN 2:1 Start Brzeziny

Na deser prawdziwy hit, o którego wzmożoną hitowość postarał się dobrze wszystkim znany Piotr Boczyluk zasilając i tak silny POL-HUN Piotrem Golańskim i Łukaszem Chojeckim. Dzięki tym roszadom ligowi albicelestes dysponują jedną z najmocniejszych kadr w historii tej Ligi. Niestety nie można tego było powiedzieć o Starcie w sobotę. Pachowski zyskał co prawda konkurenta do miejsca w bramce (w przypadku Startu jest to bardzo istotne), ale nie miał specjalnie kim straszyć z przodu, bo nieobecni byli i Borowski, i Łakomy. Nie wiem czy będą oni występować w tym sezonie, ale dla dobra rozgrywek zakładam że tak i dlatego ich brak traktuję jako oslabienie. POL-HUN wyszedł na ten mecz w następującym składzie:

Musiało to robić ogromne wrażenie. Podobnie jak pierwsze 5 minut tego meczu, rozegrane na świetnym tempie, poziomie i zwieńczone premierową bramką Chojeckiego w nowych barwach. Łukasz wykorzystał dobre podanie Głydy w szybkiej kontrze. Oczywiście dalsza część meczu była już tylko coraz ciekawsza. W 7 minucie niecelnie z daleka strzelał Jankowski. Dlaczego o tym piszę? Dlatego, że Start na pierwsze uderzenie musiał czekać aż do minuty 10. Jego autorem rzecz prosta Jedynak, który zresztą po chwili poprawił, ale równie słabo. Po minucie strzelał też Szubert, choć spóźnił się z tym i nie miał szans na bycie dokładnym. Start jednak zaczynał wychodzić spod nacisku POL-HUN-u. Wtedy jednak po raz drugi dał o sobie znać Chojecki, tym razem wykorzystując podanie Stasiaka. Co ciekawe dzień później superstrzelec odwdzięczy się kolegom wieloma wyłożeniami piłki, które nie przyniosą jednak tylu goli, ileu powinny, To jednak dopiero w niedzielę, a w sobotę kończyła się pierwsza połowa. Indywidualnie spróbował jeszcze Jedynak, ale to wszystko na co było stać Start. Poniżej oczekiwań grał na pewno Janowski, który popełniał błędy, o które nigdy byśmy go nie podejrzewali.

Od początku drugiej części gry poczuć można było na hali obecność Marcina Olejniczaka. Nie fizyczną oczywiście, bo były już trener i zawodnik Startu prowadził wtedy drużynę w Mistrzostwach Polski Dzieci z Domu Dziecka. Chodzi o grę bez bramkarza, którą ten zawodnik niejako przypomniał koluszkowskiej Lidze Halowej. Bez Pacho w bramce, a z wycofanem Poździejem brzezinianie rozegrali bez mała całą połówkę. Dało to efekty. Start poprawił posiadanie piłki, zaczął kontruować akcje ofensywne i zagrażac Ciapkowi. Trwało to jednak tylko około 5 minut. Co ciekawe mimo pustej bramki Chojecki i spółka nie znaleźli sposobu na podwyższenie prowadzenia. Brawa należą się za to m.in. Poździejowi, który dobrze spisywał się w roli lotnego bramkarza. W końcówce znowu Start zaczął wyglądać lepiej i zbliżać się do bramki POL-HUN-u. Udało się nawet zdobyć bramkę po jednej z dobrych akcji, a na listę strzelców wpisał się chwalony już tutaj Poździej. Asystował mniej chwalony Jarosław Janowski. Ostatnie 20 sekund przyniosło jeszcze strzał w słupek Krzysztofa Grobelnego i rzut wolny z niebezpiecznej odległości dla Startu. Szubert ustawił piłkę, wycofał ją do Jedynaka, ale nie wyszło im to najlepiej i mistrzowie rozpoczęli sezon od porażki. Z takim składem o porażkę ciężko będzie natomiast POL-HUN-owi…

Strzelcy: Chojecki(2) – Poździej