Untitledff

Nadal nic nie wiadomo – relacja z 3 kolejki 2 rundy

Druga kolejka po podziale okazała się niepełną. Na halę w Koluszkach nie dojechał Start Brzeziny i wynik meczu tej drużyny z Diabłami trzeba było zweryfikować jako walkower. Tylko trochę więcej emocji było w meczach Atomówek z BKLAKĄ i Galacticos z LKS-em, gdzie te wymienione najpierw drużyny bardzo pewnie (po 4:1) rozprawiły się z mającymi swoje problemy rywalami. W ostatnim meczu Sonata także 4:1 pokonała POL-HUN i to już była pewna niespodzianka (to, jak łatwo zieloni poradzili sobie z przeciwnikiem). Wcześniej po najbardziej emocjonującym spotkaniu Misie rzutem na taśmę wyrwały trzy punkty Marianom.

Atomówki 4:1 BKLAKA

Niestety pierwszy mecz drugiej kolejki drugiej fazy sezonu nie zachwycił. Obie drużyny grały bardzo wolno, chociaż w porównaniu z niektórymi spotkaniami z niedzieli nie było wcale źle. Wolne tempo nie oznacza też, że drużyny nie próbowały grać w piłkę. Wręcz przeciwnie, jedna i druga i na zmianę długo konstruowały swoje akcje. Nie było jakichś niepotrzebnych długich piłek i tym podobnych zagrań, których powodzenie jest raczej wątpliwe. Niestety w tej ligowej tikitace brakowało dokładności, sporo podań mimo że wykonywanych zgodnie z kanonem po ziemi lądowało jednak na aucie lub pod nogami przeciwnika. Takie spokojne granie przerwał wreszcie wracający po dłuższej przerwie Kamil Adamczyk, który w dość zaskakujących okolicznościach skierował piłkę do własnej siatki. Prowadzące Atomówki zaczęły grać lepiej i zepchnęły BKLAKĘ do defensywy. Na szczególne pochwały zasługiwał jedyny senior w ich szeregach oraz Mateusz Olczyk, dla którego był to na pewno najlepszy mecz w tym sezonie. Brakowało jednak młodym piłkarzom wykończenia i mogło się to zemścić, bo pod koniec pierwszej połowy BKLAKA skonstruowała dobrą akcję zakończoną strzałem Adamczyka sparowanym przez Bedełka.

W drugiej połowie BKLAKA potrafiła częściej zagrozić Atomowym, pojawiły się setki Kłoska czy Cuchry, swoje okazje miał tez aktywny Adamczyk. Żadnej z szans nie udało się wykorzystać, także dlatego, że ofensywne poczynania drużyny niejako sabotował Łukasz Szydlik, który tego dnia miał problemy nawet z najprostszymi zagraniami. Atomówki natomiast w drugim kwadransie do perfekcji opanowały sztukę kontry i w bardzo podobny sposób zdobyły trzy kolejne bramki. Po wymianie dwóch podań w środku pola piłka była zagrywana do boku, skąd znowu trafiała do środka i z pierwszej piłki była uderzana do bramki. BKLAKĘ w ten sposób rozmontowali Kamiński i Woźniak, a szczególnie ten drugi mógł się podobać, bo potrafił na przykład asystować piętą. Oprócz nich w końcu na miarę możliwości zagrał także Lipiński, który przesadzał jednak z wślizgami. W samej końcówce nie mająca już szans na nic BKLAKA zmobilizowała się na jeszcze jedną akcję. Po ładnej klepce z Wojtaszkiem spokojnie skierował piłkę do pustej bramki i ustalił wynik meczu na 1:4
Strzelcy: Woźniak(2), Kamiński, samobój – K.Adamczyk

LKS Gałkówek 1:4 Galacticos

W tym przypadku spodziewaliśmy się dużo lepszego meczu, niż okazało się w rzeczywistości. Niestety LKS Gałkówek to drużyna, która mimo wielu zgłoszonych zawodników ma duże problemy, by kompletować skład na każdą kolejkę. Tym razem gałkowianie przyjechali w pięciu, a na bramce stać musiał Susik. Jak się okazało był zdecydowanie najlepszym punktem swojej drużyny. Pozostali zawodnicy zostawiali swoim rywalom olbrzymie przestrzenie wolnego miejsce, a mając piłkę przy nodze kompletnie nie potrafili zagrozić ubranym na niebiesko przeciwnikom. Galaktyczni również nie zachwycali. Grając w przewadze zawodnika powinni całkowicie zdominować rywala, a nie musieć liczyć na indywidualne popisy swoich zawodników. Co ciekawe bardzo słabo dysponowany był Hajduk, którego musiało irytować to, w jaki sposób niemal każdą uderzaną przez niego piłkę odbijał Susik. Był na szczęście Kłusek, który w pierwszej połowie zdobył 3 gole, wszystkie z bliska, więc bramkarz LKS-u nie miał już nic do powiedzenia. Od początku fatalnie prezentował się Rzeźnik, który rozpoczął połowę od złego przyjęcia piłki i potem ciągnęło się to za nim do końca meczu. Kartasiński był jedynym, który mógł zrobić coś z przodu, a ograniczał się niemal tylko do szukania dziur na przeciwnikach. Ze swoim strzałem mógł natomiast postraszyć Galacticos, co potwierdzi się zresztą w drugiej połowie.

Po jednej z prób uderzenia z dalszej odległości piłka odbiła się bowiem od obrońcy i wpadła niemal w okienko bramki drużyny spod Andrespola. To by było jednak na tyle jeśli chodzi o plusy po stronie ofensywy Gałkówka. Co zastanawiające niemal anonimowy występ zaliczył aktywny przecież zazwyczaj Adrian Brzeziński. O Rzeźniku już pisałem, a Płeska skupiał się tylko na defensywie, co wychodziło mu wcale nie najgorzej, patrząc na to jakie pole do popisu mieli rywale. W drugiej połowie odblokował się wreszcie Hajduk, który podwyższył na 4:1 strzałem w krótki słupek. Była to jedyna nie najlepsza interwencja Susika w całym meczu. Nie staram się usprawiedliwiać drużyny LKS-u grą w osłabieniu, bo ich sobotni pogromcy dzień później pokazali, że grając jednego mniej da się wysoko pokonać rywala.
Strzelcy: Kłusek (3), Hajduk – Kartasiński

Misie 3:2 Mariany

Obie drużyny z czystym sumieniem można nazywać pozytywnymi zaskoczeniami tegorocznych rozgrywek. Przed startem sezonu można się było zastanawiać, czy znajdzie się dla nich miejsce w TOP6, a okazało się, że Misie walczą nawet o medale. W sobotę zabrakło co prawda Bartosińskiego, ale to nadal brzezinianie byli faworytem w meczu z dysponującymi bardzo mocnym składem Marianami. Od początku oba zespoły postawiły na strzały z dystansu, choć to Tomczyk miał więcej roboty. Uderzenia jego kolegów przechodziły wysoko nad bramką Miszkiewicza. Najlepszą okazję miał jednak Goździk, który po rajdzie środkiem boiska uderzył po ziemi obok dalszego słupka bramki. Wśród Misiów wyróżniał się Grzegorz Kaźmierczak, ale pierwszego gola w spotkaniu zdobył będący ciągle na fali Maciej Maślanko, tym razem potwierdzając bardzo szeroki repertuar zagrań sprytnym strzałem. Po bramce dla wicemistrzów Brzezińskiej Ligi Piłki Nożnej obudziły się Mariany. Radek Kołada walczył z przodu jak mógł, Mroczek również starał się coś wskórać, szanse miał Gierach, a bardzo bliski gola główką był niski przecież Romanowski. W końcu do bramki trafił pierwszy z wymienianych. Gol otrzeźwił trzecią drużynę w tabeli, od razu udało się stworzyć dobrą okazję Maślance, ale tym razem zabrakło mu skuteczności. W samej końcówce pierwszej połowy zaatakowały jeszcze Mariany.

W drugiej odsłonie meczu było trochę mniej jakości. Widać to było na przykład po kolejnych, znacznie mniej groźnych niż w pierwszym kwadransie, strzałach. Niestety coraz widoczniejsza była też niemoc Misiów w rozgrywaniu akcji. Potwierdziło się to, że drużynie tej źle się gra ze słabszymi od siebie rywalami. W 21 minucie zasłużonego gola strzelił Mroczek. Najpierw jego strzał odbił co prawda Miszkiewicz, ale wobec dobitki głową nie miał już nic do powiedzenia. Za każdym razem w tym meczu drużyna tracąca bramkę odgryzała się co najmniej groźną akcją i tak samo było tym razem. Waleczny Grzeogrz Kaźmierczak najpierw był faulowany, by szybko wstać z boiska i zagrać głową do Mariusza Kaźmierczaka. Ten podał Grochowalskiemu, a po jego bombie zatrząsł się słupek bramki Tomczyka. Po czterech minutach Mariany popełniły duży błąd w ustawieniu, odsłaniając całkowicie lewą stronę boiska, gdzie czekało dwóch przeciwników. Piłka oczywiście została podana w tamtym kierunku, przyjął ją Kazik i spokojnie wyrównał, chociaż Romanowski był bliski uratowania swojej drużyny. Chwilę potem bardzo mocno z daleka strzelał Gierach, a Miszkiewicz wyciągnął się jak Handanović i zbił piłkę na rzut rożny. Wykonywał go Goździk i świetnie podsumował swój sobotni występ, wrzucając daleko na własną połowę. Ostatnie minuty to już desperackie próby zgarnięcia trzech punktów przez brzezinian. Polegały one głównie na tak zwanej ladze granej przez Miszkiewicza. Na trzy sekundy przed końcem po jednej z takich długich piłek niepewnie zachował się Tomczyk, a Grzegorz Kaźmierczak wbił piłkę do siatki, nie po raz pierwszy w tym sezonie zostając bohaterem swojej drużyny.
Po dramatycznym meczu Misie wygrały 3:2 i mogły liczyć na POL-HUN w zbliżającym się hicie.
Strzelcy: G.Kaźmierczak (2), Maślanko – Mroczek, Kołada

Sonata 4:1 POL-HUN

Kto wie, może gdyby ten mecz był ostatnim meczem sezonu, mielibyśmy bezpośrednie starcie o puchar. Stało się inaczej i dwie najsilniejsze drużyny obecnych rozgrywek spotkały się wcześniej, a wobec walkowera dla Startu jeszcze wcześniej. Tak wcześnie, że nie wyrobili się na syreną rozpoczynającą zmagania Wojtaszek, Grzelak i Nasalski. Gole zaczęły padać gdy byli już gotowi gry, bo w 5 minucie meczu. Swoją drogą na pewno Daniel Grobelny nie musiałby wyjmować piłki z siatki, gdyby nie niefrasobliwa postawa kolegów w obronie. Pierwsza stracona bramka idzie na kontro Jacka Janowskiego, którego ruleta we własnym polu karnym przyniosła w konsekwencji stratę i umożliwiała Piotrowi Grobelnemu zdobycie kolejnej bramki w tym sezonie. Po minucie znowu POL-HUN-owi przydarzył się błąd tego typu, tyle że tym razem z przodu znalazł się Dymowicz, pięknie dograł do Nasalskiego i było 2:0. Asystent w tej akcji rozgrywał dobry mecz, walczył, robił akcje, podobnie jak strzelec zresztą. POL-HUN po przyjęciu dwóch ciosów spróbował odpowiedzieć strzałami z dystansu, ale bardzo łatwo zblokował je Grzelak. Grający na biało zawodnicy nadal nie potrafili się skoncetrować w defensywie. W 13 minucie zostawili hektary wolnego miejsca Bryszewskiemu na lewej stronie boisko i po jego zagraniu do środka znowu było niebezpiecznie. Na domiar złego niepewny w grze nogami był Daniel Grobelny, który wręcz podawał do przeciwnika. Raz mogło się to skończyć skutecznym lobem Gajka. Golkiper POL-HUN-u nie miał już jednak żadnych szans przy trzeciej akcji bramkowej. Po klepce w stylu charakterystycznym dla Sonaty drugiego gola w meczu zdobył niezawodny w tym sezonie Piotr Grobelny.

Pierwsze 5 minut drugiej połowy było szarpane. Obie drużyny nie mogły opanować gry. W końcu jednak nadeszła minuta 21, kiedy to Sonata znowu zagrała jedną ze swoich markowych akcji. Bardzo szeroko ustawił się Wojtaszek, dograł do Mateusza Bryszewskiego, a ten uderzył z pierwszej piłki pod poprzeczkę. POL-HUN-u leżał więc na deskach, ale zdołał się jeszcze podnieść. Grający najsłabszy mecz w sezonie Golański wykonywał rzut wolny i rozegrał go tak, że Krzysztof Grobelny nie miał przy sobie żadnego obrońcy i mógł zmniejszyć prowadzenie Sonaty. Do końca meczu więcej bramek już nie padło, ale bardziej niż trafień brakowało jakości. Spodziewaliśmy się po tym meczu więcej. Było natomiast dużo fauli, krzyków, a już chyba po końcowej syrenie strzelec jedynego gola dla drużyny POL-HUN-u otrzymał czerwoną kartkę i zawieszenie do końca rozgrywek za dyskusje z arbitrem.
Strzelcy: P.Grobelny(2), Nasalski, M.Bryszewski – K.Grobelny