maxresdefault (2)2

Napięcie rosło – Relacja z 14 kolejki

Czternasta kolejka mogła się podobać z kilku powodów. Po pierwsze była świetnie rozplanowana – napięcie tworzyło się stopniowo, od pierwszego meczu aż po ostatni. Po drugie – była pasjonująca w porównaniu z kolejką piętnastą, chociaż starcie Startu z Diabłami sprawiło, że i na niedzielę nie mogliśmy narzekać.

ddd1

Nie zaczęło się jednak najlepiej. Pierwszy mecz zawiódł bardzo, bo na wysokości zadania nie stanęła BKLAKA, która zagrała jeden z najsłabszych meczów od dłuższego czasu. OSIR pokazał swój stały poziom i tym razem był naprawdę bliski zdobycia punktów. Summa summarum trochę zabrakło i kolejne trzy oczka powędrowały na konto BKLAKI, jeszcze poprawiając i tak okazały w tym roku dorobek tego ambitnego zespołu. Oczywiście słabszy występ zwycięzców spowodowany był w dużej mierze problemami kadrowymi. Przez pierwsze kilka minut na bramce stać musiał np. Rafał Tosiak. Potem Jacek Woźniak przyszedł jednak i w 8 minucie dobrze obronił strzał Kamińskiego. Było to pierwsze groźniejsze uderzeniu w ty meczu, który do tej pory wyglądał tak, że BKLAKA starała się rozgrywać piłkę przez obronę i to z powodzeniem, ale w przodach było już o wiele gorzej. Kowalski i Kłosiński gubili się po prostu i tracili futbolówkę. Dużo lepsze wrażenie w ofensywie robił Mateusz Mela i to on w 10 minucie pięknym, technicznym strzałem-podcinką pokonał bramkarza OSIR-u. Trzy minuty później były zawodnik POL-HUN-u spróbował niemal tego samego rozwiązania, tym razem nie trafiając jednak w prostokąt. Zemściło się to, bo już w kolejnych akcjach OSIR był bardzo groźny. Dobrze strzelał Adam Potulski, potem do odbitej piłki doszedł Jagiełło, podał do Adama, a ten pokonał Woźniaka. Kiedy wydawało się, że sprawiedliwy skądinąd remis utrzyma się do końca pierwszej połowy Kowalski otrzymał świetne, długie podanie, a ten z fantazją portugalskiego futsalisty zmylił bramkarza i wyprowadził BKLAKĘ na prowadzenie.

Druga połowa była lepsza w wykonaniu OSIR-u. To zawodnicy tej drużyny mieli przewagę optyczną i starali się prowadzić grę. Co ważne – nie robili tego tylko blisko własnej bramki, ale dużymi fragmentami na połowie rywali. Skutków w postaci sytuacji bramkowych jednak nie było wiele. W 23 minucie Artur Szklarek pociągnął z daleka, Woźniak odbił przed siebie, ale dobitka była już fatalna. Dobre wrażenie w środku pola robił Wojtek Jagiełło, który napędzał ataki swojej drużyny, ale nawet jego dotknięcia nie kreowały wielkich szans. Takie miał natomiast Dominik Kowalski, ale pudłował tego dnia niemiłosiernie, nawet będąc metr od bramki. OSIR-owi tak naprawdę zagrozić mógł tylko Mela. Pewnie w obronie zagrał też po raz kolejny Frączkowski, chociaż tym razem kontuzja wykluczyła jego partnera Kacperskiego. Mecz toczył się do końca w ślamazarnym tempie, chociaż w ostatnich sekundach były jeszcze jakieś sytuacje. OSIR miał rzut wolny, ale piłka trafiła w mur. W odpowiedzi do pustej bramki z ogromne odległości celować Kowalski, ale nie trafił. Skończyło się więc na 2:1, z którego BKLAKA musi się cieszyć. OSIR stracił natomiast wielką szansę na punkty. Takiej może już w tym sezonie nie być.

Strzelcy: Mela, Kowalski – Potulski

ddd2

Mariany były jedynym pokonanym przez LKS zespołem w rundzie zasadniczej. Rewanż zakończył się podziałem punktów. Pochwalić należy kapitanów obu zespołów, którzy zebrali na sobotę bardzo mocne składy. Nie było co prawda Zimnickiego w barwach Marianów, ale zastępujący go w bramce zawodnicy z pola spisywali się na tyle dobrze, że trudno piętnować do osłabienie. Początek spotkania należał do ubranych na biało Marianów. Kilku strzałów spróbował np. mający słabiutki sezon Kiraga. Bardzo pewnie między słupkami spisywał się jednak Fortecki. Z czasem do ataku przeszedł jednak Gałkówek. Aktywny w tej fazie meczu był Adrian Brzeziński. W 11 minucie po raz pierwszy pokazał się jednak najlepszy na boisku Marcin Goździk. Kończył on piękną, szybką klepę Marianów i uderzył tak, że Fortecki nie miałby żadnych szans. Sęk w tym, że na drodze piłki stanął.. kolega Goździka z drużyny – Kuman. Autor pechowego strzały natchnął swoją ekipę do ataków. W końcówce bramkarz LKS-u jeszcze co najmniej trzy razy musiał bronić bardzo trudno piłki. Zrobił to jednak skutecznie.

Drugi kwadrans meczu zaczął się jednak lepiej dla LKS-u. Bliski bramki był już Jaskulski, ale skuteczna okazała się dopiero płaska dobitka Perki z 18 minuty. Pięć minut później Goździk podał źle piętą, piłkę przejął Brzeziński i zamiast podawać zaczął kombinować, co uniemożliwiło mu podwyższenie prowadzenia. Niedługo potem o tym ostatnim nie było już mowy. Najpierw Forteckiego postraszył Kiraga, oddając najlepszy strzał w lidze chyba od poprzedniego sezonu. Stanęła tylko na bocznej siatce, a szkoda, bo mielibyśmy bramkę niezwykłej urody. Co się odwlecze, to nie uciecze – pomyślał sobie jednak Goździk ładnie rozgrywając piłkę z Koładą i pakując ją do siatki. Nie wiem natomiast, co mógł sobie pomyśleć, gdy minutę później w podobnej sytuacji nie trafił do bramki. Tak czy inaczej ten filigranowy zawodnik przyczynił się do tego, że spotkanie weszło na jakiś zupełnie inny poziom, rozkręciło się i zaczęło tak emocjonować. W końcówce miejsca było już tyle, że obie drużyny atakowały raz po raz. Nie dali się jednak pokonać ani Fortecki, ani Bobik i stanęło na remisie po nietypowym meczu walki. Nietypowym – bo naprawdę ciekawym.

Strzelcy: Perka – Goździk

ddd4

Sonata i PL Europa stworzyły pasjonujące widowisko w pierwszej rundzie, zakończone niespodziewanym z przebiegu gry powrotem i ostatecznym zwycięstwem dwukrotnych mistrzów Ligi. Tym razem Europejczycy zrewanżowali się i pokonali przeciwników, z którymi zresztą toczyli bój o swoje jedyne mistrzostwo z roku 2013. Sam mecz nie był gorszy niż ten sprzed podziału. Zaczęło się świetnie dla PL Europy. Już w pierwszej akcji Lubczyński pokazał, że jest w świetnej formie i zrobił tak dobry ruch bez piłki, że Szymkowski musiał podać mu i otworzyć drogę do bramki. Lupek okazji nie zmarnował, chociaż był faulowany. W ostatniej chwili piłki głową dotknął jeszcze Trzewikowski i to mu należy te bramkę zapisać. Sonata szybko jednak odpowiedziała. Bryszewski ruszył sam, dograł do Adama Grobelnego, a ten pokonał Kowalskiego, który w tej sytuacji powinien zachować się lepiej. Europa odzyskała jednak inicjatywę i szybko znowu wyszła na prowadzenie, tym razem po już w pełni samodzielnej, efektownej akcji Lubczyńskiego i strzale przy bliższym słupku. Najlepszy w tym sezonie zawodnik prowadzącej drużyny bawił się tego dnia i bardzo łatwo mijał przeciwników. Dużo słabiej grał natomiast Krzysztof Grzelak, który w obronie nie był tak pewny jak zwykle, a w przodzie znajdował się co prawda w dogodnych pozycjach, ale potwierdził tylko, że nigdy nie był napastnikiem. Wracając do przebiegu meczu warto wspomnieć o 12 minucie, kiedy to dostający ostatnio sporo minut Ostrowski był bliski pokonania Wątorowskiego. Dwie minuty później pod własną bramką nie najlepiej zachował się Szymkowski, który stratą piłki sprokurował okazję Skorzyckiego. Niewykorzystaną jednak. Na koniec pierwszej połowy kilka strzałów z dalszej odległości oddał jeszcze Trzewikowski, ale żaden z nich nie zagroził Wątorowskiemu.

Początek drugiej połowy zdecydowanie należał do Lubczyńskiego. Młody zawodnik, który pokazał się w Budmarze, najpierw genialnie asystował przy golu Dawida Kowalczyka na 3:1, a później był bardzo bliski zdobycia pięknej, technicznej bramki. Nie udało mu się to, a Sonata odpowiedziała bez litości, w dużej mierze dzięki dobremu wycofaniu piłki po akcji oskrzydlającej przez Dymowicza. Skorzystał z tego Skorzycki i znów wynik był sprawą otwartą. Dymek mógł zresztą zostać bohaterem bo po kilku sekundach sam strzelał na bramkę, ale trafił tylko w spojenie. W kolejnej akcji piłkę zabrał mu natomiast Dominik Ostrowski, a że działo się to blisko bramki Sonaty jedno podanie do Lupka wystarczyło, bo Europa odzyskała dwubramkowe prowadzenie. Już w 30 minucie Sonata jednak znowu postarała się o odrobinę dramaturgii. Konrad Bryszewski zdołał jakoś umieścić piłkę w siatce, chociaż przez większość meczu psuł przeważnie akcje wyrzucając się za daleko i strzelając bardzo źle. Po raz kolejny na kontaktowego gola PL Europa odpowiedziała najlepiej jak się da, to znaczy swoim trafieniem. I tak ostatnim akcentem w tym ciekawym meczu była skuteczna dobitka Trzewikowskiego, który dzięki temu zebrał podobnie jak Lupek dwa gole. To właśnie Mateusz pokazał jednak, że w normalnej dyspozycji jest jednym z najlepszych zawodników. Szkoda, że w tym roku taką formę zaprezentował dopiero po raz drugi.

Strzelcy: Lubczyński(2), Trzewikowski(2), D.Kowalczyk – Bryszewski, Skorzycki, A.Grobelny

ddd3

Pierwszy z dwóch wielkich hitów, jeden z tych meczów, które zdecydowały o losach mistrzostwa. Faworytem przed meczem był oczywiście liderujący Start, ale już po spojrzeniu na kadrę uszczuploną brakiem Łakomego, Szuberta i Jedynaka można było mieć odmienną opinię. Zaczęło się bardzo spokojnie, były co prawda jakieś strzały z daleka, ale żaden z nich nie należał do groźnych. Od pierwszego gwizdka widać było, że w życiowej formie jest Jarosław Janowski. Nawet on nie powstrzymał jednak Jacka Jankowskiego w 7 minucie, któremu po ładnej akcji zabrakło naprawdę niewiele. Aktywny był też od początku Bartek Warda i to on w 9 minucie płaskim strzałem pokonał Pachowskiego. Zaczęło się więc świetnie dla POL-HON-u, a u przeciwników brakowało najważniejszych ogniw. Minutę po golu Krzysztof Grobelny próbował z marnym skutkiem przewrotki, po chwili po błędzie Olejniczaka ten sam zawodnik stanął przed kolejną szansą. Start pogubił się więc nie na żarty i sytuacje ratować musiał tylko nieoceniony Janowski. W 13 minucie Paweł Swaczyna zaskoczył jednak wszystkich, wziął piłkę, przebiegł z nią całe boisko i wyrównał. Czemu nie przeszkodzili mu obrońcy POL-HUN-u? Nie wiadomo. Koluszkowska drużyna mogła jeszcze odzyskać prowadzenie, bo w ostatniej akcji Jankowski dobrze dograł do Wardy, ale w bramce popisał się Pachowski.

W drugą część gry Start wszedł już znacznie lepiej. Zaczął świetnym rajdem Janowski, ale skończyło się na faulu na obrońcy brzezińskiej drużyny. Jarosław nie przewrócił się jednak, a kontynuował akcję i zmusił Daniela Grobelnego do interwencji.. główką. Minęła minuta a wszystkich zaskoczył Mariusz Matusiak, który strzelił z daleka w stylu Jedyna tak, że piłka opadła tuż przy samym słupku. Start zaczął więc prowadzić,a Jarosław Janowski znów przerywał akcje rywali, samemu narażając się na kolejne faule, które były jedynym sposobem na zatrzymanie jego rajdów. W końcu w swoim stylu zagrał też Maciej Borowski, który w jednej z sytuacji uwolnił się spod opieki obrońców w środku pola i spokojnie posłał piłkę obok Grobelnego. Start zaczął grać o wiele mądrzej, bardzo szeroko, wymieniając kolejne podania i uspokajając grę. POL-HUN wręcz przeciwnie – skupił się na indywidualnych próbach, które przynosiły co najwyżej strzały w boczną siatkę. Brzeziniane nawet bez trzech liderów, nawet bez Łakomego, potrafili dość spokojnie ograć innego potentata, co tylko potwierdza ich wielkość w tym sezonie. Nie można jednak zapominać o pierwszej połowie, gdzie Startowi nie szło za dobrze. Rok i dwa lata temu taki początek w połączeniu z osłabieniami poskutkowałby zapewne porażką. Teraz drużyna się zmieniła i potrafi wygrywać.

Strzelcy: Warda – Matusiak, Swaczyna, Borowski

ddd5

I na sam koniec największy hit. FC Gałkówek kontra Czerwone Diabły, czyli kolejne starcie największych w tym sezonie. Mimo tego trzeba szczerze powiedzieć, że jeden z tych zespołów zawodzi, a drugi zaskakuje pozytywnie. Tym razem górą był ten raczej zawodzący, co nie znaczy oczywiście, że grający słabo. Już sam początek pokazał, że jesteśmy widzami czegoś specjalnego. Dobre tempo, pierwsze próby Chojeckiego, wyraźny stempel jaki na grze żółto-czarnych stawia Piotr Golański. Wszystko to sprawiło, że pierwsze dziesięć minut należało do FC Gałkówka. W 11 minucie o zmianę tego stanu postarał się Tomasz Łapin, który podał do Perka tak, że Jakubowi zostało tylko strzelenie do bramki. Szybko okazało się, że i tym razem Chojecki nie ma jednak wiele swobody, że trudno mu samemu coś zrobić. Bardzo starał się Kaźmierczak, zarówno z przodu, jak i w tyłach, ale i to nie wystarczyło na dobrze dysponowanego Adamczyka. Słabiej niż zwykle grał Klaters. Tak skończyła się pierwsza połowa, bardzo dobra i ciekawa, wyrównana z lekkim wskazaniem na gałkowian, ale wygrana przez Diabły.

Drugą od mocnego uderzenia zaczęły Diabły. Nie dość że wyglądały lepiej jako drużyna, to jeszcze Tomasz Łapin sam wykończył swoją akcję i podwyższył na 2:0. Niestety trzeba przyznać, że drugi kwadrans meczu nie był najlepszym w wykonaniu FC Gałkówka. Mecz nie osłabł przesadnie, ale nie dało się oprzeć wrażeniu, że Chojecki i spółka nie grają tak, jak nas do tego przyzwyczaili. Po drugiej stronie dobrze radził sobie bardzo pewny Rafał Adamczyk, ale i obrońcy zagrali w końcu jak sezon temu, blokując większość strzałów przeciwników. Luz powrócił także do Jakuba Perka, który wyglądał najlepiej od wielu meczów. Wszystko to sprawiło, że Łukasz Chojecki nie miał nawet okazji poprawić imponującego dorobku strzeleckiego. W 27 minucie szanse na kontaktowe trafienie mógł mieć Klate po tym jak przejął złe podanie Duczka. Potem stoper FCG zatrzymał jeszcze Łapina, ale ten i tak zdołał oddać groźny strzał. Zdecydowanie nie był to dzień obrońcy, który do tej pory rozgrywał świetny sezon. Diabły dobrze rozegrały to spotkanie, nie fundując sobie żadnej nerwówki w końcówce. Ba, Krzysztof Duczek sam w ostatniej sekundzie dołożył jeszcze jednego gola i skończyło się na 3:0. Diabły pokazały więc Startowi, że jeszcze nie wszystko jest rozstrzygnięte. Gałkówek z bilansem 1-1-1 w Grupie Mistrzowskiej nadal miał takie same szanse na Puchar jak obrońcy tytułu, ale z tą różnicą, że jego forma obecnie spada, a nie rośnie.

Strzelcy: Duczek, J.Perek, Łapin

W kolejce padło łącznie 20 goli, co daje średnią 4 bramki na mecz. Najładniejsze trafienie trudno wskazać, ale takie wyróżnienie należy się chyba Mateuszowi Meli za gola w pierwszym meczu soboty albo Mariuszowi Matusiakowi za gola na 2:0 z POL-HUN-em.

  • Więcej minut bierze się z tego, że to grupa mistrzowska i muszą grać więcej najlepsi 🙂