sdsada

Przewrotką w derbach.. – druga kolejka po podziale.

Druga kolejka drugiej rundy dostarczyła wielu emocji. Najpierw niekoniecznie piłkarskich, chociaż mecz POL-HUN-u z Diabłami poza atrakcjami batalistycznymi futbolowo również nie rozczarował. Potem Sonata pokazała Marianom, że do topu trochę im jeszcze brakuje, PLE Zdrowie zrewanżowało się Galaktycznym za niespodziewaną porażkę w pierwszej rundzie, a LKS Gałkówek pomógł BKLACE podtrzymać serię meczów bez zdobytej bramki. Najwięcej działo się oczywiście w derbach Brzezin. Misie po raz drugi w sezonie ograły Start, a Maciej Maślanko pomylił twardy parkiet z piaskiem i postanowił uderzyć przewrotką. Dodajmy – skutecznie.

POL-HUN 2:1 Czerwone Diabły

Pierwszy mecz kolejki zapowiadał się bardzo dobrze był też niezwykle istotny w kontekście ostatecznego triumfu w lidze. Porażka POL-HUN-u sprawiłaby, że Sonata znowu bardzo zbliżałaby się do obecnego lidera i w bezpośrednim meczu mogła strącić go z piedestału. Spotkanie od samego początku było niezwykle wyrównane. Remis po pierwszej połowie idealnie oddawał to, jak wyglądała gra. Gdyby sporządzać dokładne statystyki, zapewne wyszłoby w nich, że piłka częściej znajdowała się na połowie POL-HUN-u. Groźniej było już natomiast po przeciwnej stronie, bo na bramkę Wątorowskiego dwukrotnie uderzał z ogromną siłą Wojciech Stasiak. Raz trafił nawet w słupek. Dobrze wyglądał również Piotr Głyda, który poza trzymaniem w ryzach swojej defensywy potrafił ruszyć też środkiem i zrobić przewagę liczebną, co ułatwiało konstruowanie akcji faworytom. Ostatecznie jednak obie formacje obronne spisywały się tak dobrze, że o golach mowy być nie mogło. Brakowało też Chojeckiego i Krzysztofa Grobelnego, którzy mogliby wygrać pojedynek jeden na jeden z każdym z defensorów i zdobyć gola.

W osiemnastej minucie spotkania gol jednak padł. Mocno przyczynił się do tego Patryk Wątorowski. Wszystko zaczęło się jednak od faulu Diabłów za polem karnym i rzutu wolnego, do którego ustawił się Stasiak. Zawodnik ten przeskoczył jednak nad piłką, podszedł do niej Golański, podał do boku do Głydy, ten strzelił raczej lekko i niegroźnie, a piłka przetoczyła się przez ręce golkipera Diabłów i między jego nogami wpadła do siatki. W dość nietypowych okolicznościach pierwszą asystę w meczu zanotował więc Golo, któr po kilku minutach cieszył się z kolejnego ostatniego podania na wagę gola. Tym razem wszystko odbyło się bardziej konwencjonalnie. Mistrz Polski w piłce nożnej plażowej popędził z kontratakiem rolując piłkę, goniący go nie dali rady odebrać mu futbolówki i zatrzymać podania do Stasiaka, którego zmarnować się już nie dało. Co ciekawe obrońcy spowodowali upadek Piotra, po którym asystent długo nie mógł się z parkietu podnieść. Ostatecznie mógł jednak grę kontynuować. Tym razem faul nie został odgwizdany i słusznie (korzyść POL-HUN-u), ale ogólnie przewinień w meczu było zdecydowanie za dużo. Wprowadziło to dużą nerwowość, która skumulowała się pod koniec spotkania. Wcześniej jednak Diabły zyskały inicjatywę, dłużej operowały piłką i w końcu zdobyły bramkę. Po długiej akcji prawie całej piątki bardzo sprytnie zachował się Hubert Marczyk i nadając piłce dziwnej rotacji umieścił ją przy prawym słupku. Było to jednak ostatnie godne pochwały zachowanie tego zawodnika. Potem skupił się on na najpierw próbie bardzo brzydkiego faulu, a potem już quasi-bokserskiej rywalizacji ze Stasiakiem, co skończyło się zawieszeniem dla obu do końca sezonu. Wcześniej trochę mniej drastyczne spięcia pojawiały się już np. między Głydą a nowym zawodnikiem Diabłów, który poza tym incydentem wyglądał bardzo dobrze, mijał rywali, strzelał, brakowało mu tylko trochę szczęścia. Tego ostatniego brakowało też Jankowskiemu i Koładzie, którzy w ostatnich minutach powinni dobić rywala, ale nie potrafili wykończyć sytuacji sam na sam strzelając w słupek lub przenosząc piłkę nad poprzeczką. Ich okazje mogły się zemścić, bo tuż przed syreną po strzale rozpaczy Diabłów Waszczykowski był bliski skierowania lecącej piłki do siatki, ale ostatecznie nie udało mu się to i POL-HUN zachował 4 punktową przewagę nad Sonatą.
Strzelcy: Głyda, Stasiak – H.Marczyk

Sonata 4:1 Mariany

Drugi mecz również mógł się podobać, chociaż tempo było zdecydowanie wolniejsze. W pierwszej połowie drużyną minimalnie lepszą była Sonata, chociaż tak naprawdę ograniczało się to do dłuższego czasu posiadania piłki. Sytuacji pod bramką Tomczyka wielu nie widzieliśmy, a gdy już bramkarz Marianów musiał piłkę łapać, to nie były to dla niego przesadnie wielkie wyzwania. Jego koledzy z pola potrafili natomiast zagrozić Adamczykowi, między innymi dzięki akcji Romanowskiego, po której gola zdobyć powinien Skorzycki, ale przeniósł piłkę nad poprzeczką. Groźny był też Marcin Goździk, choć tym razem brakowało mu trochę dokładności, o czym jeszcze będę wspominał. Całą drużynę w białych strojach należy pochwalić za grę w destrukcji, gdzie twardość i zaangażowanie uniemożliwiły Sonacie grę z klepki, a zmuszały ją do oddawania strzałów z dystansu, z którymi jak pisałem radził sobie Tomczyk. I tak w skrócie wyglądała pierwsza połowa tego widowiska, której ozdobą była na pewno próba uderzenia z powietrza Krzysztofa Gieracha, co skończyło się spektakularnym nietrafieniem w piłkę.

Druga część gry rozpoczęła się od gola dla Marianów. Jeden z młodych piłkarzy tej drużyny dobrze podał do wychodzącego na czystą pozycję Goździka, a ten z niesamowitym spokojem pokonał Adamczyka i zdobył piątą bramkę w sezonie. Kolejna ciekawa akcja również była dziełem zaskoczenia tego sezonu. Tym razem Kuman przebiegł z piłką niemal całe boisko, klepiąc ją raz z partnerem na skrzydle i do pełni szczęścia zabrakło mu tylko mocniejszego strzału. Podsumowaniem gry Sonaty na tym etapie meczu był fatalnie wykonany przez Nasalskiego rzut wolny. Piszę o tym, żeby podkreślić dysproporcję między tym jak wicelider wyglądał przez większość meczu, a jak w jego najważniejszej fazie. Zanim to jednak warto wyróżnić jeszcze Skorzyckiego, który dryblował niczym Guilerhme, raz ośmieszył nawet Krzysztofa Grzelaka i ogólnie wyglądał świetnie. Szkoda, że nie potrafił potwierdzić tego występu golem. Za strzelanie wzięła się natomiast Sonata, a konkretnie wspominany Nasalski i niewspominany jeszcze Piotr Grobelny. Najpierw ta dwójka znalazła się sam na sam z Tomczykiem co musiało się skończyć bramką, potem zmienić losy rywalizacji powinny jeszcze Mariany, bo wspaniałą okazję miał Goździk (w drugiej połowie wyglądał nie najlepiej, raz przewrócił się nawet bez żadnego udziału rywala), ale nie zrobiły tego i Sonata dopełniła dzieła zniszczenia. W 28 minucie mieli piłkarze wicelidera dużo szczęścia i z niczego zrodziła się bramka Nasalskiego (co nie umniejsza świetnego zagrania Grobelnego). Potem ten drugi zawodnik ambitnie powalczył o piłkę z obrońcą Marianów i wykorzystał w ten sposób podanie Grzelaka. Na 4:1 trafił Nasal, tym razem popisując się dużym sprytem i przeglądem tego, co się dzieje w bramce przeciwnika. Sonata wygrała więc mecz, którego wygrać nie musiała i może jeszcze marzyć o mistrzostwie. Kluczowy nie jest już tylko bezpośredni mecz z POL-HUN-em (już w sobotę), ale także brak strat punktowych w pozostałych starciach.
Strzelcy P.Grobelny(2),Nasalski(2) – Goździk

PLE Zdrowie 3:1 Galacticos

Tempo meczu przypominało to, czym uraczyli nas zawodnicy Sonaty i Marianów w pierwszej połowie. Pod tym względem nie było, przynajmniej na początku, rewelacji. Pewnie też dlatego, że najszybszy człowiek na boisku stał w bramce Galacticos. No, stał teoretycznie, bo bardzo często Kłusek lubił opuścić swoją świątynię i popędzić gdzieś pod przeciwną bramkę, której strzegł Rafał Kowalski. Robiło to dużo zamieszania, ale nie niosło żadnych, bardziej wymiernych efektów.W pierwszej połowie w ogóle Galaktycznym brakowało skonkretyzowania swoich poczynań. Nie byli oni dużo słabsi od rywali, a nie potrafili stworzyć żadnej poważnej sytuacji. PLE Zdrowie miało ich za to bez liku. Większość po akcjach prawą stroną boiska, gdzie operowali głównie Roman Kowalczyk i Marcin Rżanek, choć raz pokazał się też Tomasz Adamczyk. Wszyscy jednak podchodzili z piłką trochę za blisko linii końcowej i zostało im tylko uderzyć na bramkę, ale kąt był taki, że trafiali zwyczajnie w bramkarza. Niezbyt dobrze w pierwszej odsłonie wyglądał Lubczyński, ale i tak udało mu się pokazać, że został obdarzony największym talentem spośród całej swojej drużyny. Nie chcę powiedzieć przez to, że strzał na pustą bramkę nawet z własnej połowy jest wyznacznikiem piłkarskiego kunsztu, ale było to zdecydowanie najlepsze zagranie spotkania, jeden z ładniejszych goli kolejki, a halowa bramka jest przecież dużo mniejsza niż „prawdziwa”, więc i trafić do niej trudniej. Dlaczego została pustą chyba wyjaśniać nie trzeba. W końcu rajdy w stylu Wójcika czy orlikowego Stachcica musiały zostać skarcone.

W drugiej połowie lepiej niż w pierwszej wyglądał Roman, a w 20 minucie strzelił swoją jedenastą bramkę w sezonie. Przed strzałem poczekał, zastanowił się, popatrzył, a potem wykorzystał już spryt i technikę by pokonać bramkarza Galacticos. Dodajmy, że na tej pozycji nastąpiła zmiana i Kłuska zastąpił mający lepsze do bronienia na hali warunki fizyczne zawodnik. Przy tym strzale Romana chyba się jednak nawet nie ruszył. Wcześniej znowu popisał się Lubczyński, mijając z dziecinną łatwością przeciwników i wykładając piłkę Rżankowi, który jednak znowu miał problemy z trafieniem do siatki. W tej części gry lepiej w ofensywie wyglądali Galacticos (lepiej od siebie z pierwszej, nie od PLE). Hajduk i Starosta wielokrotnie oddawali strzały na bramkę Kowalskiego, który trochę szczęśliwie, ale bronił te uderzenia. Po którymś z kolei, tym razem Kłuska, nie udało mu się już zapobiec utracie bramki Ostatecznie Zdrowie nie ugięło się temu ostrzałowi, a samo wyprowadziło jeszcze np. piękną akcję Mankiewicza z Rżankiem, po której niestety gol nie padł. Padł jednak po akcji Romana z Rżankiem, który stając na linii dopilnował żeby futbolówka do bramki wpadła i ostatecznie stanęło na 3:1. PLE wzięło więc rewanż za rundę zasadniczą i pewnie zmierza ku wygraniu Grupy Aspirującej.
Strzelcy: R.Kowalczyk, Lubczyński, Rżanek – Kłusek

LKS Gałkówek 7:0 BKLAKA

Mecze z udziałem tych drużyn od roku elektryzują. Oba zespoły za wszelką cenę chcą pokazać, że są od przeciwników lepsi. W tym sezonie w pierwszym meczu zwyciężyli Gałkowianie, ale dopiero w rewanżowym starciu wyraźnie potwierdzili swoją wyższość.Bardzo wysokie zwycięstwo może nie miałoby jednak miejsca, gdyby BKLAKA nie przeżywała dużego kryzysu. Koluszkowski zespół od godziny nie potrafił zdobyć gola i w niedzielę ten niechlubny licznik nie przestał działać. Oczywiście sytuacje do przerwania czarnej serii były, bo bardzo aktywni od początku meczu byli młodzi-gniewni Cuchra i Drzymała. Ich akcje nie miały jednak finału w dobrym uderzeniu i Ciepły mógł spokojnie łapać lub odbijać lecące piłki. W LKS-ie debiutował natomiast Krajewski i był to debiut spektakularny. Właśnie ten zawodnik po ładnym strzale wyprowadził Gałkówek na prowadzenie. Po chwili jeszcze ładniej z bardzo daleka uderzył Łukasz Płeska i było 2:0. BKLAKA mogła się jeszcze w pierwszej połowie odegrać. Michał Wójcik z Kacperskim wyprowadzili niezłą kontrę, potem ten drugi pograł jeszcze z Cuchrą, ale ostatecznie i tak wszystko stanęło na Cieplusze.W końcówce pierwszego kwadransa gry na listę strzelców wpisał się jeszcze mający niesamowity okres Brdoń, a drugiego gola dołożył Krajewski. Było już raczej wiadomo, że sprawa zwycięstwa jest rozstrzygnięta.

Początek drugiej połowy przypominał początek pierwszej, bo znowu szczęścia spróbawali młodzi zawodnicy BKLAKI. Za to spotkanie należy im się wyróżnienie. Bartosz Kacperski również się starał, ale oddawał bardzo słabe strzały. Najlepszy na boisku był Krajewski. Ligowy Juventino mijał rywali, strzelał, podawał. Już przez głowę przemknęła mi myśl, że debiutant przyćmił Kartasińskiego i Chemielewskiego, gdy to duo weszło na wyższe obroty. W 24 minucie liderzy LKS-u zrobili świetną akcję, która skończyła się tylko strzałem w Cuchrę. Potem Karol po rajdzie dograł już na pustą do Brdonia. Chwilę później Kartaś minął Frączkowskiego z dużą łatwością i strzelił sprytnie pokonując Woźniaka. Minutę przed końcem meczu świetnie w środku pola pokazał się Susik, dograł do Rzeźnika, ten mógł odgrywać do swojego kapitana, ale zachował się egoistycznie i chociaż gola strzelił, to niesmak pozostał. Ostatecznie skończyło się na 7:0. Parafrazując słowa komentatora siatkówki Krzysztofa Wanio – ciężko być kibicem BKLAKI.
Strzelcy: Krajewski(2), Brdoń(2), Kartasiński, Rzeźnik, Płeska

Misie 2:1 Start Brzeziny

Pora na jeden z najlepszych meczów w tym sezonie, przynajmniej jak dotychczas. Dużo już napisano o derbach, ale w tym przypadku te wszystkie wyświechtane prawdy sprawdziły się w stu procentach. Obie drużyny przywiozły bardzo mocne składy, więc o poziom piłkarski martwić się nie musieliśmy. Tempo od początku było zapierające dech w piersiach.Start szybko zaczął sprawnie rozgrywać piłkę od własnej obrony. Dobrze w tym elemencie spisywali się Swaczyna, Jedynak i oczywiście Janowski, który momentami przypominał tego Janowskiego z mistrzowskiego sezonu Budmaru. Jeszcze lepiej od kreatorów gry Startu funkcjonowali obrońcy Misiów. Obrońcy oczywiście teoretycznie, bo wiadomo, że w takim spotkaniu bronić musi cała drużyna. Od początku na lidera Misiów wyrastał Bartosiński, chociaż około 5 minuty mógł zacząć mecz od kuriozalnego samobója. Przypadkiem kopnął piłkę za siebie, a ta o mało co nie wpadła Miszkiewiczowi za kołnierz. Kot wie, jak potoczyłyby się losy meczu, gdyby gol padł i pewność siebie Michała stanęła pod znakiem zapytania. Stało się jednak inaczej, a defensor Misiów zagrał popisową partię. W 10 minucie Bartosiński pokazał też, że nie jest tylko od bronienia i dobrze rozprowadził kontrę podając do Markiewicza, który strzelił bardzo mocno, ale nad poprzeczką. Wcześniej strzałów próbował już Grzegorz Kaźmierczak. W 11 minucie popularny Kazik nie strzelał, a zagrał długą, wysoko zawieszoną piłkę w kierunku pola karnego Pachowskiego, gdzie czekał Marcin Mięciel Maciej Maślanko. Ku zaskoczeniu wszystkich zawodnik ten złożył się do wspaniałej przewrotki i trafił idealnie obok słupka. Radość Misiów była ogromna, a sam strzelec długo nie mógł się otrząsnąć także po swoim kolejnym, mniej udanym zagraniu, po którym piłka trafiła jedną z fanek. Wierzymy, że nic się nie stało i pojawi się ona jeszcze nie raz kibicować największej rewelacji rozgrywek. Co ciekawe przez ostatnie minuty pierwszej połowy to Misie nadal atakowały. Pachowski musiał się mocno natrudzić, by odbijać kolejne strzały. Przed samym końcem tej części gry Borowski urwał się wreszcie Bartosińskiemu, ale nie trafił do siatki.

W 20 minucie Borowski doszedł do swojej drugiej sytuacji, a nawet dwóch, ale żadnej nie wykorzystał. Nie zmienia to jednak faktu, że Bartosiński był w kryciu swojego rywala prawie bezbłędny i mocno uprzykrzył mu grę w piłkę. Start potrafił jednak wypracować sobie w drugiej połowie przewagę, chociaż słabiej niż na początku grał Janowski. Około 23 minuty dało się jednak zauważyć, że obrońcy tytułu przestają wytrzymywać trudy meczu. Misie to jedna z tych drużyn, której zawodnicy biegają non stop. Start przyzwyczajony jest jednak do operowania piłką, co nie wymaga aż takich pokładów energii. Właśnie wtedy walcząca o medale drużyna znowu przycisnęła i zatrudniła Pachowskiego, który bronił uderzenia z daleka, ale wobec strzału Grzegorza Kaźmierczaka z bliska nie miał już nic do powiedzenia. Akcja bramkowa była zresztą piękna, a rozpoczęła się od Maślanki i jego zagrania piętką.Mimo wszystko niespodziewanie rozstrzygnięcie wisiało więc w powietrzu, chociaż tabela i pierwszy mecz obu drużyn mogły mówić co innego. Start to jednak zawsze Start i jest groźny do końca, szczególnie gdy gra bez bramkarza i w przewadze liczebnej. Tak stało się i tym razem, lotnym golkiperem został Szubert i to on skonstruował akcję, po której Roger Smuga uderzył skutecznie z daleka. Szkopuł w tym, że była to już 29 minuta i czasu na wyrównanie zabrakło. Po kapitalnym meczu Bartosińskiego, Kazika i Maślanki Misie wygrywają więc 2:1 i mają przed sobą teoretycznie łatwiejszy mecz z Marianami, podczas gdy Sonata zmierzy się w sobotę z POL-HUN-em. Kto wie, może w ostatniej kolejce będziemy mieli bezpośrednie starcie o srebro.
Strzelcy: Maślanko, G.Kaźmierczak – Smuga