ssss

Puchary rozdane – relacja z ostatniej kolejki

Ostatnia kolejka Ligi Halowej miała być, i była, areną starcia FC Gałkówka i Start Brzeziny. Niestety wcześniejsze wyniki sprawiły, że ten mecz nie mógł już nic zmienić. Dlatego nie wystąpili w nim ani Chojecki, ani Łakomy. Ważniejsze jest jednak to, kto w tej ostatniej serii gier w końcu się zaprezentował w pełni. Mowa oczywiście o Piotrze Boczyluku.

ggg1
Na pierwszy ogień poszły BKLAKA i Mariany. Drużyny te stworzyły widowisko bardzo ciekawe i obfite w bramki. Początek należał do Marianów, które szybko skonstruowały ładną akcję. Nie przyniosła ona efektu bezpośrednio, ale już do odbitej gdzieś piłki dopadł Radek Kołada i pokonał Wójcika. Prowadzenie zawodzących mimo wszystko w tym sezonie Aptekarzy (jak napisałbym rok temu) nie utrzymało się jednak długo, bo w 4 minucie Kłosiński pewnie dobił strzał Adamczyka z dalszej odległości. Gra przenosiła się spod jednej bramki pod drugą. Aktywny jak w poprzednich meczach był Marcin Goździk, chociaż raz przesadził z pewnością siebie we własnym polu karnym i stracił piłkę na rzecz Kłoska. Na jego i swoje szczęście sytuację uratował Zimnicki. Już w 6 minucie Tosiak i Adamczyk tak rozpracowali Marianów, że ich bramkarz nie miał nic do powiedzenia. Dwie minuty później Arek Kiraga świetnie wypatrzył i podał do Kołady, ale strzelec pierwszego gola w meczu tym razem nie zdecydował się na natychmiastowe uderzenie, ale zaczął kombinować i stanęło tylko na rzucie rożnym. Poza wyżej wymienioną dwójką dobry mecz po stronie Marianów rozgrywali też Mroczek i Skibiński. Ten ostatni bardzo pewnie spisywał się w obronie, denerwując się jednocześnie na błędne decyzje swoich kolegów z linii ataku. Gdy w drugiej połowie sam przeszedł do napaści – nie wyglądał lepiej. Pretensje jednak nie ustały. Wracając do meczu, końcówka pierwszej połowy należała do prowadzącej BKLAKI. Kolejny groźny strzał oddał Adamczyk (szkoda, że po chwili nie trafił w piłkę już z bliska) i Kłosiński, którzy to zdecydowanie ciągnęli grę swojej ekipy w tym meczu.

Druga odsłona zaczęła się lepiej dla przegrywających. Mariany zmusiły Wójcika do trzech interwencji w krótkim czasie. Ten się jednak nie pomylił, podobnie jak Zimny przy kontrze, którą wreszcie udało się BKLACE wyprowadzić (kończył strzałem rzecz jasna Adamczyk). Kamil w 22 minucie był już skuteczny, ale warto wspomnieć, że sam skonstruował tak naprawdę akcję, po której mógł łatwo zmieścić piłkę w siatce. Potem sytuacja się niejako powtórzyła. Znowu Wójcik musiał bronić trzy razy, po czym BKLAKA wyprowadziła kontrę. Adamczyk jej nie wykorzystał, bo trafił w słupek. Skutecznie dobijał Tosiak. Było więc 4:1 i trudno było sobie wyobrazić come back rozbitych Marianów. Tym bardziej, że Skibiński będący już w przodzie marnował niemożliwe sytuacje. Zemstą za niewykorzystane zajął się Kłosiński, który już w 30 minucie, mając dwóch dobrze ustawionych partnerów, strzelił sam i ustalił wynik meczu na 5:1. Dla Marianów dobrze, że ten sezon się skończył. Gdyby nie Michał Mroczek przekrojowa forma tej drużyny pozostawiała wiele do życzenia. BKLAKA natomiast udanie zakończyła rozgrywki, w których powoli zatarło się uniezależnienie od Dominika Kowalskiego. Choćby ten mecz był przykładem na to, że teraz to też inni (co ważne – różni) potrafią prowadzić czarne koszule do zwycięstw.

Strzelcy: Kłosiński(2), Adamczyk(2), Tosiak – Kołada

ggg2
Trudno o jednoznaczną ocenę sezonu w przypadku Misiów. Jak na pierwszy raz wygranie Grupy Aspirującej to na pewno coś, ale z drugiej strony różowi na pewno woleliby nawet ostatnie miejsce w Mistrzowskiej i grę z najlepszymi. Nastawienie zespołu na kontrę sprawiło, że dużo łatwiej się brzezinianom grało z potęgami, a spotkania z zespołami teoretycznie słabszymi potrafiły być bardzo męczące. W przypadku LKS-u osłabienie kadry było tak duże, że dziesiąta pozycja była chyba nieunikniona. Ale to właśnie Gałkówek pierwszy wyszedł na prowadzenie, a przypomnijmy, że i pierwsze spotkanie LKS-owi wyszło. Po ciekawej grze, przewadze i atakach Misiów piłkę wziął Jan Proskura, przeszedł pół boiska i jeszcze z kanałem skierował piłkę do bramki. Dodajmy, że tym razem prostokąta zwycięzców swojej Grupy nie bronił nikt z dwójki Miszkiewicz – Malczak. W przeciwnej bramce też nie było ani Forteckiego, ani Ciepluchy, toteż rękawicy przywdziewać musieli najpierw Brzeziński, a później lubiący ciepło Piotr Susik. Niespodziewanie przegrywający zawodnicy Misiów mieli oczywiście swoje sytuacje, często po prostych błędach obrońców LKS-u, ale nie potrafili ich wykorzystać. Znowu mógł ich za to skarcić Proskura, ale po podobnej do bramkowej akcji trafił w słupek. I gdy wydawało się, że nic się już raczej nie zmieni, błąd po strzale Korneckiego popełnił Brzeziński i mieliśmy remis, który zwiastował świetną drugą połowę..

która okazała się jednak słabsza od pierwszej. Przez pierwsze 8 minut nie było ani jednej sytuacji strzeleckiej, a zespoły grały zgodnie z wynikiem – na remis. W końcu jednak do głosu doszedł Maciej Maślanko. W 23 minucie zepsuł akcję swojej drużyny kopiąc w aut, ale już chwilę później wywalczył karnego i sam zamienił go pewnie na dającą prowadzenie bramkę. Kolejny cios Maślanko zadał w minucie 26, kiedy to przedziurawił Susika i powiększył przewagę Misiów do dwóch bramek. Jedynym, który mógł ją zniwelować, był oczywiście Proskura. Były lider Shubi-Dubi szarpał, starał się, dochodził do sytuacji, ale nic już nie zdziałał. Ogólnie w drugiej części gry i przy prowadzeniu Misie zyskały spokój w grze, przewaga wzrosła i brakowało już tylko dokładności. Skończyło się na 3:1 i był to wynik sprawiedliwy. Sam mecz nie zachwycił jednak, głównie przez drugą połowę.

Strzelcy: Maślanko(2), Kornecki – Proskura

ggg4PL Europa i Czerwone Diabły nie zachwyciły składami w swoich ostatnich występach w tym sezonie. Dodajmy, że sezonie dla obu drużyn nieudanym, bo na pewno aspiracje sięgały wyżej. Wobec osłabień w bramce PLE po raz kolejny stał Dominik Ostrowski, a cały mecz w barwach obrońców tytułu rozegrał Piotr Boczyluk. To właśnie ten drugi miał w 4 minucie pierwszą okazję do zdobycia gola, ale zatrzymał go ten pierwszy. Po chwili Boczyluk dopiął jednak swego i zdobył gola, doprowadzając publikę do szaleństwa. Zaraz potem Adrian Perek pięknie podał do brata Jakuba i było 2:0. Europa nie zamierzała jednak składać broni, Lubczyński szybko asystował Trzewikowskiemu, a ten zdobył swoją 19 już bramkę w tym sezonie. Dwie minuty później sam podający strzelił z daleka, błąd w bramce przydarzył się Adamczykowi i nagle zrobił się remis. Adams po części się zrehabilitował w jednej z kolejnych akcji, kiedy to Trzewikowskiego już zatrzymał. Wcześniej bardzo bliski cudownego gola w okienko był Adrian Marczyk. Później blisko była jeszcze PL Europa, która wytworzyła chaos pod bramką Diabłow, ale nie potrafiła go zamienić w skuteczny strzał. W odpowiedzi do ataku przeszły Diabły, ale mimo jednej czy dwóch składnych akcji, w tej połowie nic już się nie zmieniło.

Początek drugiej połowy należał do Europejczyków. Adamczyka nękali kolejko Lubczyński i Rżanek. W 18 minucie bliżej od każdego z nich był jednak Jakub Perek, który obił słupek po świetnym dograniu Waszczykowskiego. W 20 minucie ta dwójka była już bardziej skuteczna i Damian dał prowadzenie triumfatorom sprzed roku. Minutę później Ostrowski sparował na spojenie ładne uderzenie Duczka i nastąpił kolejny zwrot w tym szalonym meczu. Inicjatywę przejęła PL Europa, strzelał Roman Kowalczyk, ale lepszy okres gry potwierdził dopiero gol Lubczyńskiego. Ostatnie trzy minuty to ataki raz jednej, raz drugiej strony. Niewiele do szczęścia brakło Duczkowi, Arturowi Kowalczykowi, Adrianowi Marczykowi i Trzewikowskiemu, a naprzemienny układ nazwisk oddaje charakter końcówki tego spotkania. Spotkania ostatecznie remisowego, ale na pewno bardzo przyjemnego w odbiorze i ważnego – podział punktów oznaczał, że zwycięzców z roku 2015 nie będzie tym razem na podium.

Strzelcy: Lubczyński(2), Trzewikowski – J.Perek, Boczyluk, Waszczykowski

ggg3

Najdziwniejszy zdecydowanie mecz dnia,który miał dwa zupełnie różne oblicza. Obie połowy były od siebie zupełnie różne, a szczególnie drugą oglądało się dziwnie. W pierwszych kilku minutach parę błędów popełnili zawodnicy Sonaty. Piłkarze POL-HON-u nie skorzystali jednak z prezentów. Sami natomiast solidnie wyglądali w obronie, blokując strzały przeciwników. Dobrze w bramce wyglądał grający po raz pierwszy w tym sezonie Jarosław Warda. W końcu jednak skapitulował po strzale Adama Grobelnego i niespodziewania Sonata wyszła na prowadzenie. Potem wyrównać chciał Pyra, ale po rzucie wolnym strzelił zbyt lekko i Wątorowski nie miał problemów. Dwie minuty później Dymowicz przerwał groźną akcję Bartłomieja Wardy. Warda bramkarz w minucie 8 zatrzymał natomiast Nasalskiego, po czym w boczną siatkę strzelił Warda. W 10 minucie Krystian Nasalski pokazał jednak dynamikę i siłę fizyczną, przepchnął Małuchę i podwyższył na 2:0. Sonata prowadziła więc niespodziewanie dość wysoko, ale co ważne naprawdę dobrze wyglądała piłkarsko. Sytuację POL-HUN-u wynikały głównie z błędów rywali. W barwach tej drużyny brakowało też Jankowskiego i Krzysztofa Grobelnego, którzy stanowili o sile biało-błękitnych. Był jednak Maciej Kołada. To on w samej końcówce z bliskiej odległości ustrzelił gola kontaktowego, ważnego, bo przecież porażka odbierała POL-HUN-owi brązowe medale.

W 15 sekundzie drugiej połowy Bielski po pięknej akcji strzelił lekko, ale Wątorowski i tak wpuścił piłkę do bramki i był już remis. Po chwili dwa razy strzelał Stasiak. Najpierw Wojciech uderzył mocno, ale piłkę sparował Wątek, a później musiał już skierować piłkę do pustej bramki. W 18 minucie Nasalski nie pokonał Wardy w jednej z nielicznych ofensywnych akcji Sonaty w tej połowie, a dwie minuty później zachował się fatalnie i umożliwił Świnodze zdobycie gola na 4:2. Zielonym widocznie przestało się chcieć, nawet nieudane zagrania kwitowali tylko uśmiechem i nie wyglądali na przesadnie zmartwionych kolejną porażką. Co ciekawe jest to kolejny z rzędu mecz tej drużyny, w którym po objęciu prowadzenia następuje katastrofa i w końcu porażka. W 26 minucie Kołada po podaniu Bartka Wardy podwyższył na 5:2, a minutę później po asyście Stasiaka na 6:2. Zdecydowanie Maciej Kołada był na boisku najlepszy, ale to głównie dzięki drugiej połowie. W pierwszej błyszczał Nasalski. Niestety końcówka meczu w jego wykonaniu była beznadziejna. Krystian marnował wszystko, co zmarnował się dało (choć czasami trudno było uwierzyć, że się dało). Nie był to jednak problem POL-HUN-u, który spokojnie zagwarantował sobie brązowe medale – drugie w historii tej drużyny.

Strzelcy: Kołada(3), Bielski, Stasiak, Świnoga – Nasalski, A.Grobelny

ggg5
Na deser mecz mistrza z, jak się okazało, wicemistrzem. Szkoda, że nie zaprezentowali się ani Łakomy, ani Chojecki, ale i tak na boisku było wielu świetnych zawodników. Jedynym, który odstawał z formą był Artur Poździej, który zajął się tym razem kibicowską oprawą spotkania. Od mocnego uderzenia rozpoczął Start. Dwa strzały z daleka oddali Swaczyna i Jedynak, ale dobrze w bramce spisał się Cienkusz. Już w 5 minucie Maciej Borowski wyszedł jednak z golkiperem FCG sam na sam i ze spokojem okazję wykorzystał. Start grał dobrze, kontrolował grę, mądrze rozgrywał piłkę, a przeszkadzać brzezinianom próbował głównie aktywny Piotr Golański. W 9 minucie właśnie on był faulowany przez Borowskiego, stojącą piłkę do Karola Chmielewskiego zagrał Kaźmierczak, ale czujny był Pachowski. W 13 minucie Jarosław Janowski przejął piłkę, zagrał do Boro, a Maciej przesadził z efektownością i tym razem nie wykorzystał sytuacji. Przed samą przerwą jeszcze raz na wysokości zadania stanął Pachowski, tym razem zagroził sam Przemysław Kaźmierczak.

Drugą połowę świetnie rozpoczął Maciej Borowski, który podwyższył na 2:0 już w 17 minucie. Nie było jednak wątpliwości, że ten mecz rozstrzygnięty nie jest. Trzy minuty po bramce napastnika Startu bardzo dobry tego dnia Golański wykorzystał pewnie wycofanie piłki przez Karola Chmielewskiego i było już tylko 2:1. Po bramce kontaktowej Start jakby przestał grać, a ubrani na żółto-czarno gałkowianie świetnie to wykorzystali i Karpiński wyrównał w minucie 25. Do końca spotkania zostało więc jeszcze sporo czasu, a pewni już mistrzowie zrezygnowali z etatowego bramkarza. Bardzo słabo radził sobie jednak Start mając jednego zawodnika w polu więcej (w przeciwieństwie do meczu z PL Europą). Liczebnej przewagi tak naprawdę widać nie było, brakowało dokładności, tempa, a może po prostu Łakomego. Z drugiej strony i bez niego udało się już w tym roku wygrywać ważne mecze. Mimo błędów w rozegraniu wycofanie golkipera opłacało się jednak, bo przez te 5 minut to właśnie Start miał piłkę, dzięki czemu FCG nie tworzył sytuacji. W związku z tym żadne bramki już nie padły i drugi remis w ostatniej kolejce stał się faktem. Do historii przeszedł za to 16 sezon Ligi Halowej. Zostało więc już tylko wręczenie nagród. Obecny Burmistrz Waldemar Chałat i inne ważne osobistości przygotowali puchary dla każdej z 11 drużyn, a także nagrody indywidualne. Dostali je Łukasz Chojecki (najlepszy strzelec) i Łukasz Cienkusz (najlepszy bramkarz). Obaj z FC Gałkówka. Nagrodę MVP sezonu portalu halowa.pl otrzymałby Łakomy, ale go nie było. Statuetkę ufundowaną przez firmę PSP Sikorski Sport przekaże mu Waldemar Pabiniak.

Strzelcy: Borowski(2) – Karpiński, Golański