trzecia

Emocje momentami aż za duże… – Relacja z 3 kolejki

Kolejna kolejka ligowych zmagań za nami. Tym razem niesamowite widowiska przypadły na koniec. Dwa ostatnie mecze były prawdziwą gratką dla kibiców. Atomówki zremisowały z LKS-em, a Start ograł Sonatę, ale ile było przy walki i emocji…Poza tym kolejny dobry występ zanotowały Mariany, a w kryzysie zdaje się pozostawać BKLAKA.

BKLAKA 0-4 Mariany

Niestety z powodów niezależnych ode mnie nie udało mi się dotrzeć na pierwszą połowę tego świetnie się zapowiadającego spotkania. Gdy pojawiłem się na hali i mogłem obserwować boiskowe wydarzenia na tablicy świetlnej było już 2:0 dla Marianów. Pomyślałem więc, że nadal musi trwać kryzys BKLAKI, który toczy ten zespół od początku kampanii i analogicznie cały czas Mariany muszą prezentować dobrą jak na swój potencjał formę. Tak rzeczywiście było, co potwierdziła druga, już obejrzana przeze mnie połówka. Warto też odnotować niemalejącą frekwencję Marianów na meczach. Doświadczony zespół nie musi martwić się o kondycję poszczególnych zawodników, bo na każdego przypada nawet więcej niż jeden zmiennik. W BKLACE z tym jest słabiej, ale to też zespół jednak młodszy od swoich sobotnich rywali. I właśnie głównie jego najmłodsi zawodnicy mogli w sobotę pokonać Tomczyka. Już w późnej fazie drugiej połowy mieli bowiem dwie stuprocentowe sytuacje, których nie wykorzystali. Jak to się skończyło? Świetnym balansem ciała Goździka, równie dobrym podaniem do Mroczka i pewnym golem na 3:0. Wtedy wiadomo już było, że o pierwsze punkty dla BKL będzie bardzo ciężko. Swoich sił w akcjach ofensywnych próbował też Michał Wójcik, czyli bramkarz przegrywających. Brzmi to dziwnie, ale takie nie jest jeśli znamy tego golkipera z różnych aren. Tym razem nie udało mu się jednak ani zaskoczyć Tomczyka, ani spowodować utraty gola. To ostatnie stało się, gdy Wójcik stał na linii, choć też przy jego udziale. To on przy wyprowadzeniu akcji od tyłu podał niedokładnie, piłka trafiła do przeciwnika, potem do Radka Kołady, a ostatecznie do bramki, choć pewnie nie wpadałaby do niej, gdyby jeden z obrońców się nie pośliznął przy próbie jej wybicia. Więcej trafień w meczu nie mieliśmy, choć BKLAKA próbowała zdobyć chociaż to jedno. Ich ofensywne akcje nie kleiły się jednak, a gdy już można było strzelić, to żadnych problemów nie miał bramkarz Marianów. Prowadzący mogli natomiast powiększyć przewagę, bo przebicie się przez defensywę przeciwników nie stanowiło dla nich problemu. Niestety dla BKLAKI kolejny weekend przyniesie im starcia z Sonatą i Diabłami. To może być więc bardzo ciężka połowa rundy zasadniczej dla tej drużyny..

Strzelcy: Mroczek (2), R.Kołada, samobój

Misie 2:1 PLE Zdrowie Rogów

Bohaterem ostatniego spotkania Zdrowia Rogów został niewątpliwie Artur Kowalczyk. Dobre zawody rozegrał też Majkel Krawczyk. W sobotę na hali nie było jednak żadnego z nich. Przy trwającej ciągle absencji Lubczyńskiego wyraźnie zubożyło to ofensywę tej drużyny. Mecz z Misiami potwierdził tylko, ile przede wszystkim Artur dla PLE znaczy. Zaczęło się jednak od szansy jego brata – Romana. W 3 minucie nabił go bramkarz Misiów Miszkiewicz, ale piłka do bramki nie wpadła i Roman nie wpisał się na listę strzelców. Chwilę później pierwszą udaną interwencję zaliczył natomiast Stachecki. Przez kolejne kilka minut bramkarze mieli spokój. Było to głównie spowodowane słabą grą PLE Zdrowia, które nie tworzyło sytuacji, grało wolno i bez większego pomysłu, czyli trochę tak, jak w pierwszej kolejce (kiedy również nie było Artura). W 8 minucie impas przerwał kapitan Misiów – Grzegorz Kaźmierczak. Jego indywidualną akcję trzeba było przerwać faulem, a z rzutu wolnego w mur uderzył Bartosiński. W 11 minucie znowu dał o sobie przypomnieć Miszkiewicz, który tym razem podał do Romana, ale potem świetnie obronił jego strzał. W ostatniej akcji meczu golkiper brzezinian obronił chyba trzy próby Romana, a dobitkę Ostrowskiego z linii wybili obrońcy Misiów. Pokazuje to więc, że mimo nie najlepszej gry, to jednak PLE Zdrowie tworzyło sobie w pierwszej odsłonie meczu lepsze i liczniejsze sytuacje. Brakowało oczywiście skuteczności. Misie natomiast mimo lekkiej przewagi optycznej nie zagrażali Stacheckiemu, m.in. przez słabą postawę Mariusza Kaźmierczaka.

W końcu, w 16 minucie, wyszła mu jednak jedna klepka i oddał groźny strzał na bramkę. Po minucie mieliśmy natomiast pierwszego gola w meczu. Długo pod bramką Stachcica zabawili brzezinianie, wreszcie strzał w słupek oddał Junior (?), a skuteczną dobitką popisał się Grzegorz Kaźmierczak. Po dwóch minutach wyrównać mógł Rżanek, ale po jego przebojowej akcji środkiem i dobrym strzale świetnie w bramce zachował się Miszkiewicz. PLE Zdrowie chyba się jednak obudziło, bo niedługo potem Mankiewicz dobrze podał do Romana Kowalczyka, ten długo utrzymał się przy piłce mimo obrońców na plecach, zagrał do środka, a lekkim strzałem Miszkiewicza pokonał Miłosz Kopeć. Zrobił się remis i poprawił mecz. Tempo było coraz lepsze, akcje składniejsze. Chodzi np. o tę Rżanka z Dawidem, czy Ostrowskiego z Romanem Kowalczykiem, po których musiały paść gole, a padły jedynie słowa pochwał dla bramkarza Misiów. Duże skuteczniejsi byli brzezinianie, którzy po faulu Mankiewicza mieli w tej połówce jeden rzut wolny i zamienili go na gola, autorstwa Dzięcielewskiego. W samej końcówce Misie jeszcze zaatakowały, jakby chciały potwierdzić wyższość nad rywalem, chociaż przed syreną nieudanego loba spróbował jeszcze Dawid Kowalczyk.

Strzelcy: G.Kaźmierczak, Dzięcielewski – Kopeć

Czerwone Diabły 8:1 Galacticos

Pierwszy dla Galacticos sprawdzian z tak mocnym rywalem. Niestety debiutująca w rozgrywkach drużyna nie będzie go miło wspominać. Czerwone Diabły wygrały bowiem bardzo wysoko, choć z drugiej strony ani ich gra nie była tak dobra, ani gra Galaktycznych nie wyglądała tak źle, jak wskazuje na to wynik. Ba, pierwsza połowa mogłaby się nawet skończyć remisem i nikt nie mówiłby o niesprawiedliwym wyniku. Przez długie 10 minut faworyci bili głową w mur, kontrolowali oczywiście przebieg gry, ale nie tworzyli klarownych sytuacji. W 8 minucie miał taką Adrian Marczyk, ale strzelił obok słupka. W końcu jednak nadszedł moment krytyczny, nie mający najlepszego dnia bramkarz Galacticos popełnił błąd i Waszczykowski na wślizgu dał prowadzenie Diabłom. Po chwili po świetnej piłce Kwiatkowskiego do Adriana Perka i zgraniu do Sztuki było już 2:0. Po tym golu Diabły przestały jednak grać w piłkę. Inicjatywę przejęli przyjezdni, stworzyli trzy groźne akcje, a czwartą zakończyli golem Kluska. Bardzo odważna gra w końcówce połowy mogła skończyć się tragicznie, bo raz sam pod bramką został Jakub Perek, ale nie wykorzystał nawet tak świetnej okazji, zwalniając akcję i przegrywając ją przez kolegów. Na pewno nie było to jego spotkanie.

Zmarnowana okazja Perka nie miała jednak żadnych konsekwencji, bo w drugiej połowie Diabły były bardzo skutecznie. Już w 16 minucie po kolejnej pomyłce bramkarza Kwiatkowski podwyższył na 3:1. Po chwili stała się rzecz niezwykle rzadka – głupią stratę w środku pola zanotował Duczek, dzięki czemu sam na sam z Wątorowskim znalazł się Klusek. Nie wykorzystał jednak swojej sytuacji. W 20 minucie technicznym strzałem i golem na 4:1 popisał się w końcu Jakub Perek. Przewaga faworytów zaczęła rosnąć, Galacticos mieli coraz mniej do powiedzenia. Musiało się to skończyć kolejnymi bramkami, zdobywanymi kolejno przez Waszczykowskiego i dwukrotnie bardzo dobrego w sobotę Sztukę. Nie znaczy to oczywiście, że Galacticos w ogóle nie atakowali. Jak na mecz z Czerwonymi robili to nawet często. Swoją drogą to zaskakujące, że znana z tak dobrej defensywy drużyna daje jednak w tym roku swoim rywalom pograć w piłkę na swojej połowie. Trzeba też oczywiście zwrócić uwagę na samą taktykę Galacticos. Grając z tak mocnym rywalem pokusili się o grę relatywnie ofensywną, co musiało ich w drugiej połowie kosztować dużo sił i w konsekwencji dało utratę wielu goli. Ostatniego z dalszej odległości strzelił Krzysztof Duczek. Prawdziwym testem dla Diabłów będzie hitowy mecz ze Startem w przyszłą sobotę. Już nie możemy się doczekać na ten pojedynek.

Strzelcy: J.Sztuka(3)D.Waszczykowski(2)J.Perek,K.Duczek;A.Kwiatkowski-A.Klusek

Atomówki 4:4 LKS Gałkówek

Kto się spodziewał, że to to spotkanie okaże się najbardziej pasjonującym? Pewnie nikt, a tak właśnie było. Na wstępie trzeba zaznaczyć, że w barwach LKS-u debiutował fantastyczny zawodnik, jakim niewątpliwie jest Karol Chmielewski. Gałkowski Mo Salah bardzo szybko pokazał, ile będzie znaczyć dla swojej nowej drużyny. Już w 2 minucie wpisał się na listę strzelców, choć w tej sytuacji raczej podawał, a piłka z niewiadomych przyczyn wtoczyła się do bramki. Po chwili uderzał już bardziej konwencjonalnie, choć najpierw tylko w słupek. Zaraz potem jednak do bramki i było 2:0. W 5 minucie obudziły się Atomówki, zaczęli grać piłką i dłużej się przy niej utrzymywać, ale wtem przejął ją Karol i popędził w kierunku bramki przeciwników, co oznaczać musiało gola na 3:0. Wreszcie po przebojowej akcji środkiem szansę miał, lecz zmarnował Sasin. Odpowiedział Łukasz Płeska, jeszcze lepszym rajdem, niestety też nieskutecznym. Ostatecznie udało się jednak Atomówkom złapać odpowiedni rytm gry jeszcze w pierwszej połowie. Od około 10 minuty wyglądało to już dobrze. Efektem poprawy był gol Kamińskiego po strzale z pierwszej piłki obok słupka. W ostatniej akcji pierwszego kwadransa gry ten sam zawodnik ukłuł jeszcze raz. Po zablokowanym strzale Adama Potulskiego piłka trafiła na prawe skrzydło, stamtąd do Mikołaja Kamińskiego, a ten pięknie umiejscowił ją w siatce.

Po dwóch minutach drugiej połowy byliśmy świadkami wyrównania. Autorem gola na 3:3 był Sasin, a samemu trafieniu warto się przyjrzeć. Zawodnik Atomówek uderzył pięknie, czubkiem buta, tuż obok słupka, czyli niemal tak samo, jak noszący to samo nazwisko zawodnik Górnika Łęczna tego samego dnia. O odzyskanie prowadzenia walczył oczywiście Chmielewski. W 20 minucie powalczył z tyłu, odebrał piłkę, rozegrał ją z Cienkuszem i do szczęścia zabrakło tylko celnego strzału na bramkę. Ta jedna akcja nie może jednak przesłonić tego, że LKS przespał początek drugiej połowy i przestał grać to, co grał przez prawie całą pierwszą połowę. Zemściło to się w końcu golem na 3:4, autorstwa grającego w defensywie Brodeckiego. Na szczęście LKS nie załamał się całkowitym roztrwonieniem przewagi i nadal walczył w tym spotkaniu. Przyniosło to gola rozgrywającego niezłe spotkanie Płeski. Niestety nie wytrzymał on nerwów po meczu i dostał zawieszenie na 4 kolejne kolejki. Wcześniej jednak miejsce miała jeszcze jedna nieprzyjemna sytuacja. Po świetnym podaniu Szklarka bardzo blisko bramki znalazł się Sasin. Był jednak tak blisko bramkarza Ciepluchy, że wręcz zaplątał się w jego nogi i został odepchnięty. Wszczęła się szamotanina, dołączyli ludzie z trybun, na pewno takich sytuacji na lidze oglądać nie chcemy. Emocji w tym meczu i tak było tak dużo, że obdzielilibyśmy nimi kilka innych spotkań. Ostatecznie drużyny podzieliły się punktami, co jest jak najbardziej sprawiedliwym rozstrzygnięciem.

Strzelcy: M.Kamiński(2),M.Brodecki,P.Sasin-K.Chmielewski(3),Ł.Płeska

Sonata 2:4 Start Brzeziny

Prawdziwy hit kolejki, mecz na jaki czeka się całymi dniami. Na szczęście nie zawiódł, na hali pojawiły się największe gwiazdy włącznie z Łakomym czy Borowskim, których do tej pory nie mieliśmy przyjemności obserwować. W barwach Sonaty w wyjściowym składzie wyszedł młody Michał Grabski i jak się okazało nie miał żadnych kompleksów na tle obecnie panujących mistrzów Ligi. Od samego początku dało się zobaczyć bardzo wysoką intensywność gry. Po 3 minutach brzezinianie postanowili więc wymienić cały zespół, oczywiście poza bramkarzem Pachowskim i Robertem Łakomym. Taka roszada okazała się świetnym ruchem, bo już po minucie Szymon Skwarek wpisał się na listę strzelców i wyprowadził swój zespół na prowadzenie. Duże zagrożenie sprawiała też Sonata, a szczególnie Mateusz Bryszewski. Najpierw dobrze podawał do Dymowicza, który prawie asystował Grabskiemu, a potem sam strzelił i był bardzo bliski szczęścia. Bardzo aktywny był też oczywiście Piotr Grobelny, ale kilka razy znalazł się wręcz zbyt blisko Pachowskiego, by zdołać go pokonać. Sonata osiągnęła przewagę, a Start nie potrafił wejść na najwyższe obroty. To musiało się skończyć golem dla koluszkowian. Wreszcie faulowany był Grobelny, po rozegranym rzucie wolnym piłka trafiła do Bryszewskiego, a ten umieścił ją w siatce. Trochę orzeźwiło to Start, bo syreny kończącej pierwszą połowę to brzezinianie dyktowali warunki. Borowski i Łakomy zaczęli się dłużej utrzymywać przy piłce, a w 14 minucie włączył się w końcu Matusiak, który zdołał wycofać piłkę przed interweniującym Adamczykiem, a do bramki wbił ją Łakomy. Po golu bardzo groźne strzały oddali jeszcze asystent Matusiak z czuba i Jedynak prostym podbiciem. Start wrócił do gry i na prowadzenie.

Pierwsze minuty drugiej części gry również należały do Startu. W 18 minucie przebudziła się jednak Sonata. Znowu świetnie do Grabskiego podawał Dymowicz. Młody zawodnik KKS-u musiał na pierwszego gola w lidze poczekać jednak do soboty. Strzałem z szalonej odległości odpowiedział Łakomy, jednak Adamczyk nie miał z nim żadnego problemu. W 20 minucie miał miejsce bardzo zażarty pojedynek między Adamem Grobelnym a Dominikiem Jedynakiem, którego nie wytrzymał ten drugi i musiał udać się na ławkę kar. Zdenerwowany nieładnym zachowaniem przeciwnika Adam dobrze podał do Piotra, który nie trafił jednak do bramki. Zrobił to natomiast po chwili Paweł Swaczyna, trafiając pięknie z woleja i podwyższając na 3:1. W 22 minucie miała miejsca dziwna sytuacja. Otóż sam na sam z Pachowskim szedł Piotr Grobelny, a sędzia przerwał akcję bo doliczył się zbyt dużej ilości zawodników Startu na boisku. Nie wzbudziło to jednak wielkich protestów Sonaciarzy, bo sekundę później Adam Grobelny zrobił to, co pewnie zrobiłby jego brat i efektownie zmniejszył stratę do jednego gola. W 25 minucie świetnie rywali wymanewrował Łakomy, wycofał, ale fatalnie strzelił Jedynak. Po chwili po podobnej akcji Sonata musiała się ratować faulem. W 26 minucie miała jednak świetną sytuację, minimalnie głową spudłował bowiem Wojtaszek. Końcówka meczu to już prawdziwy rollercoaster. Strzały z różnych odległości oddawali Jedynak, Piotr Grobelny (nawet kilka) i Skwarek. Drogę do siatki znalazł jednak tylko ten ostatni i finalnie mecz zakończył się wynikiem 4:2. Spokojnie mógłby być wizytówką całej ligi.

Strzelcy: Sz.Skwarek(2),P.Swaczyna,R.Łakomy-M.Bryszewski,A.Grobelny