ddds

Relacja z przedostatniej ligowej kolejki.

Przedostatnia kolejka ligi bardzo zawiodła. Na pięć meczów tylko ostatni był naprawdę ciekawy, chociaż i w nim duża przewaga POL-HUN-u przeszkodziła w oglądaniu zmagań z zapartym tchem. Chociaż w niedzielę nie było jeszcze czuć wiosny, Liga wyraźnie zaczyna się drużynom nudzić. Na szczęście mistrzostwo rozstrzygnie się w ostatniej kolejce, więc ta runda gier powinna być lepsza.

Mariany 1:6 Start Brzeziny

Mariany i Start w tabeli dzieli tylko jedno miejsce, a i w tym spotkaniu jakiejś wielkiej różnicy w grze nie było. W grze, bo wynik mówi już zupełnie coś innego. Po raz kolejny wyszło na to, że Marianom do ligowej czołówki jednak sporo brakuje. Start w niedzielę również nie zachwycił, oczywiście jeśli mamy w pamięci grę tej drużyny dokładnie rok temu. Zacznijmy jednak od początku. Już w 5 minucie oglądaliśmy pierwszą bramkę w meczu i to niespodziewanie dla koluszkowskiej drużyny. Szymon Kmieć wraz z Michałem Mroczkiem wyprowadzili świetną kontrę i we dwójkę wyprowadzili w pole jedynego obrońcę Startu. Kmieć najpierw dobrze podał do Mroczka, a potem spokojnie wykończył akcję i było 1:0. Przed bramką dla Marianów lepiej prezentował się ustępujący mistrz. Walczak trafił w poprzeczkę i głową minimalnie obok bramki, Jedynak również straszył strzałami z daleka. Goli jednak nie było co się boleśnie zemściło. Zemścić mogło się też podanie Pachowskiego prosto pod nogi Radka Kołady, ale ostatecznie zagrożenie przeniosło się pod drugą bramkę. Uderzył Jarosław Janowski, piłka odbiła się jeszcze od kogoś i przeszła obok słupka. W 10 minucie w boczną siatkę bardzo mocno strzelał Goździk. Po minucie Start wreszcie wyrównał. Udało się brzezinianom wymienić trzy czy cztery dobre podania, w końcu piłka została wycofana do Jedynaka, ten zwodem minął obrońcę, strzelił lewą nogą, a piłka przełamała ręce Tomczyka i było 1:1. Szybko Mariany mogły wrócić na prowadzenie. W 12 minucie idealnym podaniem popisał się Wajszczyk, ale Kołada po dobrym opanowaniu piłki strzelił lekko i Pachowski nie miał problemów z tą próbą. Przed końcem połowy dwie okazje miał jeszcze Walczak, lecz przenosił piłkę wysoko nad poprzeczką.

Druga połowa zaczęła się od genialnego podania Wuja do Goździka, które minęło wszystkich zawodników i stworzyło Marcinowi idealną okazję na kolejnego gola w tym sezonie. Najlepszy strzelec swojej drużyny nie potrafił jej jednak wykorzystać. Potem takie samo podanie dostanie zresztą Wajszczyk, ale on nawet nie przyjmie piłki. Jak widać Mariany miały w tym spotkaniu swoje liczne okazje. Tworzenie ich przychodziło drużynie z Koluszek łatwo. Brakowało jednak skuteczności. Start w drugim kwadransie gry pokonał natomiast Tomczyka aż pięć razy. Przy trafieniu na 2:1 duży udział miał Jedynak, którego strzał odbił Tomczyk, a piłkę dobił Walczak. Potem Wujo dostał bolesny kanał od Borowskiego, by w kolejnej akcji zostać trafiony w rękę. Skończyło się na pewnie wykonanym przez Pachowskiego rzucie karnym. Bramkarz Startu chwilę po swoim golu świetnie spisał się również we własnym polu karnym, broniąc groźny strzał przeciwnika. W jednej z kolejnej kontr Start pokazał trochę piłki na najwyższym poziomie. Borowski z Poździejem przeprowadzili akcję na bardzo wysokim tempie i co najważniejsze z efektem bramkowym. Strzelec, a był nim ten drugi, po chwili dostał jednak dwie siatki od Radka Kołady. Zrehabilitował się asystą do Jedynaka z 27 minuty po jeszcze lepszej niż poprzednia akcji. Mający bardzo komfortowy wynik Start zaczął w końcówce grać bez bramkarza. Prawie zawsze przynosi to brzezinianom gola i tak też było tym razem. Co więcej grający jako lotny golkiper Szubert miał duży udział przy golu Walczaka na 6:1. Start wyraźnie rozkręcił się w końcówce, choć nadal to tylko (coraz częstsze) przebłyski dawnej formy całej drużyny lub pojedynczych zawodników.
Strzelcy: Kmieć – Jedynak(2), Walczak(2), Poździej, Pachowski

Atomówki 2-6 Galacticos

Atomówki i Galacticos rozpoczęły swój mecz w osłabieniu. Czterech zawodników w polu sprawiało, że na placu było bardzo dużo miejsca. Dużą przewagę osiągnęły Atomówki, które jak zwykle próbowały spokojnie rozgrywać swoje akcje. Drużyna Daniela Pawłowskiego robiła to jednak przeraźliwie wolno, więc nie sprawiała żadnego zagrożenia. Przewaga była jednak bezsprzeczna. Z czasem młodzi zawodnicy osiągnęli również przewagę liczebną, bo spóźnieni przyszli Potulski i Szklarek. Wtedy też mecz się wyrównał. Galacticos mimo gry w osłabieniu zaczęli zagrażać Bedełkowi, a strzelec trzech goli z soboty Kłusek szalał i w niedzielę. Do przerwy pokonał bramkarza Atomówek dwukrotnie.

Szybko od gola rozpoczął też drugą połowę. Był zdecydowanie najlepszym zawodnikiem na boisku, samą szybkością mijał kolejnych rywali, wychodził mu niemal każdy zwód. Raz przepięknym przerzutem popisał się też stojący zwykle na bramce Dariusz Strzechowski. Lepiej niż w pierwszej grał na pewno Adam Potulski. Wtedy potrafił przewrócić się nawet będąc rezerwowym i stojąc za linią boczną. W drugim kwadransie gry wychodziło mu już więcej, strzelił nawet gola ładnie lokując piłkę obok słupka. Od razu po tym trafieniu do roboty wziął się jednak Kłusek, popędził z piłką i strzelił na 4:1. Atomówki w drugiej połowie również miały okresy trochę lepszej gry, ale nie było wielu konkretów, a Kłusek strzelał kolejne gole. Na 5:1 po prostu dobił piłkę do pustej bramki z metra. Trzeba przyznać, że oprócz indywidualnych umiejętności pomagali mu też koledzy, którzy usilnie szukali właśnie swojego najlepszego strzelca. W jednej z ostatnich kontr strzelać mogło chyba trzech Galaktycznych, a piłka i tak wreszcie trafiła do Kłuska, który zdobył swoją szóstą bramkę w niedzielę, a dziewiątą w ten weekend. N sam koniec Atomówki w końcu pokazały, że można klepać blisko bramki przeciwnika. Po ładnej i składnej akcji gola na 2:6 strzelił nie grający najlepiej Kamiński.
Tak zwycięstwo Galacticos w czwórkę pokazuje jednak, że Atomówki wyraźnie odstają od reszty stawki, nie licząc BKLAKI oczywiście.
Strzelcy: Kłusek(6) – Kamiński, Potulski

PLE Zdrowie Rogów 10:0 LKS Gałkówek

Kolejny pogrom, z którego najbardziej zadowolony musi być Roman Kowalczyk. Tym razem liderowi PL Europy udało się zdobyć pięć goli, co bardzo przybliża go do tytułu Króla Strzelców rozgrywek. Mecz PLE Zdrowia z LKS-em zapowiadał się jednak dużo lepiej, miał być wyrównany i zacięty jak pierwsze starcie tych drużyn. Susik po raz drugi z rzędu nie skompletował jednak drużyny i Gałkówek musiał grać w osłabieniu. Oznaczało to bronienie się od początku do końca meczu, a Europejczycy są drużyną zbyt dobrą, żeby takiej obrony nie sforsować. Przewaga ubranej na biało-niebiesko drużyny była od początku ogromna, Tomasz Adamczyk szybko odbierał piłkę gałkowianom, podawał ją do Lubczyńskiego lub Romana Kowalczyka a ci doskonale wiedzieli co z nią zrobić. Po kolejnych dwójkowych i trójkowych akcjach w pierwszej połowie padły bodajże cztery gole, z czego trzy zdobył Roman a jednego Ostrowski. Ten pierwszy bawił się w tym meczu aż do przesady, ale i tak grał dobrze i przede wszystkim skutecznie. Jedynym trochę jaśniejszym punktem w ekipie LKS-u był Susik, który nie raz wybił piłkę i przeszkodził prowadzącym w konstruowaniu akcji.

W drugiej połówce dołączył do niego Karol Chmielewski, który potrafił się urwać i również zmusić obrońców PLE Zdrowia do jakiegoś wysiłku. Ogólnie jednak przewaga zwycięzców Grupy Aspirującej (to już było oczywiste) jeszcze wzrosła. Roman próbował najróżniejszych rozwiązań, dzięki czemu strzelił jednego pięknego gola, a łącznie dobił do pięciu trafień w meczu. Drugą bramkę dorzucił też Ostrowski, a kolejny dublet był dziełem Rżanka. Na sam koniec przypomniał o sobie Lubczyński, który ustalił wynik meczu na 10:0. Na koniec należy jeszcze raz pochwalić Susika, który walczył w obronie jak lew nawet przy stanie 0-9. Nie ma jednak wątpliwości, że z czasem powinien chyba przekwalifikować się na bramkarza.
Strzelcy: R.Kowalczyk (5), Ostrowski(2), Rżanek(2), Lubczyński

Sonata 3:2 Czerwone Diabły

Kolejny mecz w którym jedna z drużyn nie dysponowała pełnym składem. Jak nietrudno się domyślić na takie ryzyko nie mogła sobie pozwolić Sonata, która zresztą podeszła do tego meczu na tyle poważnie, że ściągnęła nawet Mariusza Soleckiego. Przypomnijmy tylko młodszym czytelnikom, że zawodnik ten ma na koncie mecze i gola w Ekstraklasie, rozegrał też pełne 90 minut w meczu pucharowym przeciwko Legii Warszawa. Tym razem jednak nie był specjalnie potrzebny. Diabły wyglądały nieźle jak na zespół grający w osłabieniu, ale oczywiście Sonata od początku do końca kontrolowała wynik. No prawie od początku, bo pierwszego gola, ładnego dodajmy, zdobył Adrian Marczyk, który niespodziewanie znalazł się przed Adamczykiem. Ogólnie Diabłom trzeba przyznać, że potrafiły świetnie wyjść spod pressingu, choć z drugiej strony nie był on specjalnie intensywny. Po golu dla Diabłów Sonata osiągnęła jednak przewagę, strzeliła też trzy gole. Kolejnego, piętnastego już w tym sezonie, dołożył Grobelny, trafiali też Chiellini i Bonucci Dymowicz i Grzelak. Tempo meczu jednak zdecydowanie zawodziło.

Piękne gole w tym spotkaniu zdobywali tylko piłkarze Czerwonych Diabłów. Sonata raczej polegała na rozgrywaniu piłki blisko bramki, choć w drugiej połowie nie udało się trafić ani razu. Krzysztof Duczek zaraz na jej początku pomknął natomiast prawą stronę i uderzył bardzo mocno z ostrego kąta. Sonata powinna wygrać wyżej, bo okazji miała naprawdę dużo. Szczególnie Nasalski nie wykorzystywał swoich szans i dzięki temu było trochę ciekawiej. Czasem obronił Wątorowski, czasem skończyło się na pudłach. A ciekawiej było dlatego, że w jednej z akcji Duczek minął łatwo Piotra Grobelnego, strzelił i pokazać klasę musiał Rafał Adamczyk. Skończyło się więc 3:2 dla Sonaty. W ostatniej kolejce obie drużyny mają o co grać. Zieloni oczywiście muszą wygrać z Misiami i liczyć na stratę punktów POl-HUN-u by sięgnąć po mistrzostwo, a Diabły będą bronić czwartego miejsca.
Strzelcy: P.Grobelny, Dymowicz, Grzelak – Duczek, A.Marczyk

POL-HUN 4:1 Misie

Ostatni mecz przedostatniej kolejki był na pewno najlepszym, choć do ideału i tak brakowało bardzo dużo. Wystarczy spojrzeć na składy obu drużyn. Misiom brakowało Bartosińskiego, Mariusza Kaźmierczaka, Maślanki. Z drugiej strony bez tych dwóch ostatnich udało się wygrać derby Brzezin. Wtedy był jednak jeden z najlepszych obrońców sezonu. POL-HUN cierpiał na brak Chojeckiego (ale to chroniczne schorzenie tej drużyny) oraz ławki rezerwowych. Po raz pierwszy w sezonie zasiadł na niej Piotr Boczyluk. Na jego wejście na boisko musieliśmy jednak trochę poczekać. Początek meczu należał do POL-HUN-u. Bardzo szybko drużyna lidera przeprowadziła dwie piękne akcje, które skończyły się golami Maćka Kołady i Krzysztofa Świnogi. Szczególnie ten pierwszy wyglądał w niedzielę bardzo dobrze i czarował kolejnymi zagraniami. Oczywiście w dwóch bramkowych atakach POL-HUN-u uczestniczyło więcej zawodników. Podwaliny pod nie kładł bezbłędny Golański. Misie otrząsnęły się jednak dość szybko i dwie okazje miał też Łukasz Markiewicz. Był jednak trochę zbyt nerwowy i za szybko oddawał strzały. POL-HUN w 12 minucie odzyskał kontrolę nad spotkaniem. Znowu Świnoga świetnie podał do Golańskiego, ten uruchomił Koładę i było 3:0. Na ostatnie trzydzieści sekund pierwszej połowy na boisku pojawił się Piotr Boczyluk.

I został na nim na od początku drugiej połowy meczu. Po niecałych dwóch minutach cieszył się już wraz z całą publiką z gola. Piotr umiejętnie wykorzystał wyjście Miszkiewicza i pokazał, że w jeśli chodzi o stosunek bramek do minut spędzonych na boisku nie ma sobie równych. Inna sprawa, że chwilę wcześniej autor sukcesów Turbo Teamu miał dużo lepszą okazję po kolejnej świetnej akcji Kołady i dobrym podaniu tego zawodnika. Golański i Maciej pokazali w tym meczu, że można grać bardzo efektownie i bez Chojeckiego, bo z wygrywaniem problemów nie było niezależnie od składu (z jednym wyjątkiem), ale nie zawsze przekonywał styl POL-HUN-u. Misie nie zagrały źle, ale jednak takiej siły nie były w stanie powstrzymać. Udało im się natomiast zdobyć honorowego gola, którego autorem był Grochowalski.
Strzelcy: M.Kołada(2), Świnoga, Boczyluk – Grochowalski