hqdefault sss(2)

Trzy okrążenia do mety – relacja z 12 kolejki

Remis w najważniejszym meczu sobotniej kolejki był na rękę Startowi Brzeziny i FC Gałkówkowi. Koluszkowskie zespoły skomplikowały sobie sytuację w tabeli, choć oczywiście układ gier na koniec nie pozwala odbierać im szans. Po niedzieli prawdziwe powody do radości miał już tylko Start. Po kolejnym remisie na szczycie strata FCG do brzezinian wzrosła, ale nadal jest do odrobienia w przeciągu dwóch kwadransów. Podsumowując – wszystko jest nadal możliwe, a grawer będzie musiał się wstrzymać z wykonaniem napisu na pucharze prawdopodobnie aż do walentynek.

sdsdsdsds1

Ciekawy mecz na początek, a to z powodu bojowych nastrojów LKS-u Gałkówek, który bardzo chciał zrewanżować się za niespodziewaną porażkę w pierwszej rundzie. Dla OSIR-u ten mecz sprzed kilku tygodni był zdecydowanie największym sukcesem w pierwszej rundzie. Nie dość, że udało się zwyciężyć, to jeszcze nie stracić gola i opuścić ostatnie miejsce w tabeli. Teraz, już w ramach Grupy Aspirującej, doszło do kolejnego spotkania zespołów, które kibicom mogło się spodobać. Żeby nie dopuścić do drugiej porażki LKS uzbroił się mocno i przygotował mocny skład, chociaż bez Ciepluchy i Proskóry, którzy okazali się chyba inwestycjami jednorazowymi. OSIR nie dysponował dziś tak szeroką ławką rezerwowych. Od początku bardzo aktywni w ataku był Kuba Jaskulski, chyba najlepszy zawodnik noszący granatową koszulkę. To on w 6 minucie otworzył wynik, po samodzielnym przejęciu piłki. Prowadzącą drużyną od samego początku zarządzał z bramki Piotr Fortecki. Musiał się on sporo nakrzyczeć, by utrzymać kolegów w jakimś porządku taktycznym. Gałkówek nie uchronił się jednak od kilku groźniejszych akcji młodych przeciwników. W 11 minucie świetną akcję prawą stroną zrobił Artur Szklarek (zarządzający z kolei swoją drużyną), który dograł do środka i dał szansę na strzał Hubertowi Woźniakowi. Gola jednak nie było. Był minutę później, a postarał się o to grający w końcu więcej niż zwykle Adam Potulski. Opatrzony numerem 29 gracz popisał się za polem karnym świetną techniką, przełożył obrońcę rywali i pięknym strzałem nie dał szans Forteckiemu. Remis nie utrzymał się jednak do końca połowa. W jej ostatniej minucie LKS wykonywał rzut wolny, nikt nie pokrył stojącego pod bramką Adriana Brzezińskiego i gałkowianie wyszli na skromne prowadzenie.

Zaledwie minutę po przerwie Adrian Brzeziński ukąsił po raz kolejny. Szybko odpowiedzieć mógł Adam Potulski, ale po kolejnym świetnym strzale popisał się Fortecki. Ciekawą partię rozgrywał Marcel Hadała, który podchodził wysoko do rozegrania i próbował strzałów z daleka. Słusznie, bo to chyba właśnie on dysponuje najmocniejszym uderzeniem z całego OSIR-u. Oprócz tego Marcel rzecz prosta bronił, np. w 20 minucie świetnie wyjął uderzenie Jaskulskiego po zejściu do środka po podaniu z autu. Zaraz potem LKS pogubił się w tyłach i OSIR zaczął bardziej zagrażać. Podopieczni nieobecnego dziś Gabriela Kiliana przeprowadzili kilka składnych akcji, ale żadna z nich nie przyniosła efektu w postaci realnego zagrożenia bramki Forteckiego. Dzięki temu wzrosło jednak i tak niezłe tempo meczu, jak szalony biegał Artur Szklarek itd. Poskutkowało to tym, że mniej zrobiło się obrońców, co wykorzystał świetny tego dnia Jaskulski, który zdążył jeszcze dwukrotnie pokonać Hadałę w nie najtrudniejszych sytuacjach i LKS wygrał aż 5:1. Aż, bo przebieg spotkania wskazywał raczej na niższy wymiar kary.

Strzelcy: Jaskulski(3), Brzeziński(2) – Potulski

eeee2

W kategorii najlepszy come-back sezonu nie mamy na razie wielu kandydatów. W zasadzie jednym poważnym jest Sonata z meczu z PL Europą. Teraz ta sama, zawodząca niestety w ty roku drużyna była udziałem remontady jeszcze efektowniejszej. Jej autorem Czerwone Diabły, które tym samym nadal mogą po cichu liczyć na włączenie się do walki o obronę tytułu. Nie oznacza to jednak, że gang Piotra Boczyluka wyglądał w niedzielę dobrze. Na pewno nie w pierwszej połowie, w której przewagę miała tak naprawdę Sonata. Zaczęło się od spokojnej gry, okazji Piotra Grobelnego i prób rozgrywania od tyłu przez Kubę Perka, z reguły nieudanych. Dlaczego ten snajper wziął się za konstruowanie akcji? Dlatego, że nie było tym razem podstawowego architekta – Krzysztofa Duczka. Po tym wolniejszym okresie szybko Sonacierze zobaczyli, jak łatwo jest się przedostać pod bramkę Adamczyka i za pomocą jednego podania szybko przedostawali się do ataku. Stanęło na jednej bramce Nasalskiego (7 minuta) po podaniu Adama Grobelnego, choć i swojego starszego brata asystujący dobrzy obsłużył chwilę później. W 10 minucie szybkość Bryszewskiego pozwoliła mu uwolnić się spod opieki obrońców i dograć do Skorzyckiego, któremu zabrakło trochę zimnej krwi. Dwie minuty później znowu Bryszewski, znowu szybkość i znowu brak gola. Dodajmy, że spokój pod przeciwną bramką zapewniał bardzo dobrze dysponowany Wątorowski, a także solidna obrona. Jeden z obrońców podwyższył zresztą na 2:0 w 13 minucie. Był to Dymowicz, który wykończył piękną klepkę, której nie byłoby jednak, gdyby Łapin nie stracił piłki w środku pola. Cztery sekundy przed syreną najlepszą okazję miały Diabły. W słupek z wolnego uderzył Jakub Perek.

Początek drugiej połowy nie zwiastował odwrócenia losu meczu. W 18 minucie fatalną stratę pod własną bramkę zanotował Hubert Marczyk, ale okazji nie wykorzystał Bryszewski. Podejrzewam, że gdyby na jego miejscu był.. jego brat w formie z soboty, Sonata nie przegrałaby tego spotkania. Jak Diabły odgryzły się na kolejną szansę przeciwników? Fatalnym strzałem Perka po podaniu Sztuki. Około 20 minuty zieloni powinni kolokwialnie mówiąc zabić ten mecz. Grali przez chwilę w przewadze 5 na 3, a mimo te nie zagrozili Wątorowskiemu. Gdy na boisko wbiegł już po minucie Tomasz Łapin piłka przelobowała natomiast Jeżyka, weteran Ligi zagrał do Perka i było 2:1. Wtedy Diabły zaczęły się budzić. Wysoko wychodził Adamczyk by pomóc kolegom, próbował Łapin. Ten ostatni nie grał jednak meczu życia, notował sporo strat. Po jednej z nich nie wrócił już, a został przy polu karnym Wątora. Dojrzał go tam Adrian Perek i pięknym podaniem umożliwił doprowadzenie do wyrównania. Sonata miała jeszcze potem kolejną okazję, którą zmarnował oczywiście Konrad Bryszewski, który po raz kolejny strzelił w Wątorowskiego. Ostatnia minuta to natomiast ataki Diabłów. Ataki może niezbyt zgrabne, ale koniec końców skuteczne. Przez 48 sekund brakowało im jakości, decydujące podanie było niecelne i nie udało się nawet strzelić. W końcu jednak, na 12 sekund przed końcem futbolówka dotarła do Jakuba Sztuki, który wykorzystał chyba jedyną szansę w meczu i zrobiło się 3:2 dla przedmeczowych faworytów. Sonata znowu przegrała, chociaż prowadziła i wyglądała bardzo dobrze. Diabły zrobiły swoje, chociaż daleko im do formy sprzed roku. Najważniejszym elementem w tej piekielnej układance zdaje się być Łapin, który nawet grając dużo słabiej niż nas do tego przyzwyczaił, wypracował dwie z trzech bramek zwycięzców (i jedną przegranych, ale o tej zapomnimy szybciej).

Strzelcy: J.Perek, Sztuka, Łapin – Nasalski, Dymowicz

2222231

Bardzo dobrze pamiętamy poprzednie spotkanie tych drużyn, które przysporzyło wielkich emocji. Tam na prowadzenie wyszła PL Europa, ale Start zdołał odrobić straty i zwyciężyć 2:1. Podobny przebieg miał ten rewanżowy mecz i to nawet mimo tego, że PL Europa przystąpiła do niego w mocno przetrzebionym składzie (tylko dwóch rezerwowych, Ostrowski znów w bramce). Tym razem też Europejczycy wyszli na prowadzenie jako pierwsi. Już na początku drugiej minuty Krzysztof Trzewikowski świetnie znalazł sobie trochę miejsca, przepchnął się i strzelił pięknie od słupka na 1:0. W 7 minucie Trzewik znowu zachował się świetnie, tym razem odgrywając do Adamczyka, który to uderzył już bardzo źle. Działo się to jednak przy wyniku remisowym, bo w międzyczasie Dominik Jedynak uderzył mocno w kierunku bliższego słupka i pokonał Dominika Ostrowskiego. W 8 minucie Start przeprowadził akcję na tempie zbliżonym do normalnego dla tej drużyny i wystarczyło to do znalezienia się w polu karnym PL Europy, co wykorzystał Łakomy. Golkiper przegrywającej już drużyny był w tej sytuacji bliski schwytania piłki, ale wtoczyła się ona jednak za linii bramkową. Ostremu udało się już jednak uchronić drużynę przed stratą gola w kolejnej akcji, bardzo podobnej zresztą. Tym razem z bliska próbował Maciej Borowski. Potem nie strzelano już z bliska, a to głównie za sprawą Łakomego. Robert aż do końca spotkania próbował bowiem zaskoczyć z bardzo daleka, jak się okaże, nieskutecznie.

Więcej precyzji w 18 minucie miał natomiast Borowski, ale i odległość była dogodniejsza. Wszystko działo się po przejęciu piłki od któregoś z defensorów PLE. Maciej dzięki przechwytowi wyszedł sam na sam i zdobył pierwszego gola po powrocie do gry. Kolejne minuty należały jednak do mistrzów sprzed trzech lat. Najpierw piękną kontrę na linii Adamczyk – Lubczyński – Mankiewicz minimalnie niecelnym strzałem zakończył ten ostatni. Zaraz potem popularny Mankiet dogrywał już świetnie do Trzewikowskiego, a on niedzielnej formie nie mógł okazji zmarnować i zrobiło się tylko 3:2 dla Startu. Dodatkowo brzezinianiom przestało iść i musieli oni znowu polegać na strzałach Jedynaka. Dwa pierwsze nie były jeszcze pierwszego sortu (blok Romana Kowalczyka i obrona Ostrowskiego), ale trzeci, po zagraniu Borowskiego, okazał się być już uderzeniem kolejki. Piłka z dużą prędkością trafiła w samo okienko, a Start zyskał spokój w końcówce meczu. Europę stać było jeszcze na jeden zryw: znów Mankiewicz uruchomił Trzewikowskiego, ale tym razem skuteczny w bramce okazał się Pachowski i wynik nie uległ zmianie. Start wykonał więc kolejny krok w stronę tytułu, którego losy zależeć będą jednak od meczów jeszcze trudniejszych.

Strzelcy: Jedynak(2), Łakomy, Borowski – Trzewikowski(2)

ffdfd

I kolejny, czwarty już dzisiaj, bardzo zacięty, wyrównany i dobry do oglądania mecz. Misie nie po raz pierwszy z drugim nominalnie bramkarzem Michałem Malczakiem między słupkami, ale za to premierowo z Kubą Miszkiewiczem w polu. I chociaż znowu podkreślę, że mecz był dobry, to tak naprawdę klarownych akcji brakowało. Jeśli już takie były, to po próbach liderów obu drużyn. Najpierw po świetnej wymianie zdecydowanie najlepszych w tym sezonie w barwach Marianów Mroczka i Kołady w spojenie trafił Arkadiusz Kiraga, a później Mariusz Kaźmierczak dwukrotnie musiał świetnie podawać do kolegów, by ci zagrozili bramce strzeżonej przez Zimnickiego. Za drugim razem Grzegorz Kaźmierczak takie podanie wykorzystał i to brzezińska drużyna wyszła na prowadzenie, a że działo się to w końcówce połowy, to z takim wynikiem zespoły zeszły na przerwę.

Druga odsłona nie różniła się od pierwszej prawie w ogóle. Znowu było bardzo wyrównanie, ale jednak to Misie byli trochę lepsi. W udokumentowaniu tej przewagi pomogli jednak sami przeciwnicy. Gol na 2:0 padł bowiem po zagraniu jednego z nich ręką w polu karnym. Najłatwiejszy ze stałych fragmentów gry na gola pewnie zamienił Mariusz Kaźmierczak. Powiększone prowadzenie pociągnęło za sobą okres lepszej gry Misiów. Niedługo po golu Małego świetnym podaniem do któregoś z partnerów popisał się Grochowalski, jednak po uderzeniu kolegi ucierpiał jedynie słupek bramki. Potem Zimnicki już sam musiał sobie radzić ze strzałem Maślanki po ładnej klepce. Widzimy więc, że rzeczywiście to brzezinianie mieli w niedzielę więcej z gry i zasłużyli na ostateczne zwycięstwo. Przeszkodzić w jego odniesieniu mógł jeszcze niewyróżniający się jednak przesadnie Mroczek, który w samej końcówce zdołał w końcu pokonać bardzo dobrze dysponowanego Malczaka. Przy stanie 2:1 Michałowi starczyło jeszcze czasu na jeden zryw, tym razem nieskuteczny. Z świetnym rajdem zdążył jeszcze Maciej Maślanko, ale też bez efektu bramkowego i w rezultacie to Misie cieszyły się ze zwycięstwa i chyba niezagrożonej pozycji lidera Grupy Aspirującej. Trudno jednak wyobrazić sobie tę drużynę bez Małego, który i tym razem zrobił różnicę.

Strzelcy: M. Kaźmierczak, G.Kaźmierczak – Mroczek

fsdfsfsfs

Ostatni mecz raczej nie rozczarował, chociaż można się było spodziewać jeszcze więcej. POL-HUN-owi udało się jednak wyłączyć z gry Łukasza Chojeckiego, przez co kibice nie mogli oglądać indywidualnych popisów tego zawodnika. Od początku tempo było nie najgorsze. Wspomniany Chojecki miał nawet jedną okazję, ale znajdował się zbyt blisko Daniela Grobelnego i nie zdołał go pokonać. Fantastycznym podaniem do najlepszego strzelca Ligi popisał się Przemysław Kaźmierczak. Sporo problemów własnej obronie sprawił Płeska, po którego bardzo nieodpowiedzialnym podaniu POL-HUN wyprowadził kontrę, jak się okazało – nieskuteczną. Nieskuteczny był też akcję później Krzysztof Świnoga, którego w pojedynku sam na sam przechytrzył Łukasz Cienkusz. Kolejne zagrożenie pojawiło się pod przeciwną bramkę, gdzie niespodziewanie (chociaż nie pierwszy raz w tym sezonie) znalazł się Łukasz Klate i mało brakowało, by udało się mu zdążyć do dobrego skądinąd podania ze skrzydła. Lider defensywy żółto-czarnych sam mógł po jednej ze swoich interwencji zanotować asystę, ale strzał Chojeckiego obronił Grobelny. Tak minęła połowa, z przebiegu której bezbramkowy remis wydawał się być rezultatem jak najbardziej sprawiedliwym.

Początek drugiej należał bez wątpienia do Łukasza Płeski, chociaż nie zawsze wiązało się to z pozytywnymi dla FC Gałkówka wydarzeniami boiskowymi. W 16 minucie, po złym rozegraniu Jacka Jankowskiego i Macieja Kołady, postawny zawodnik wyszedł z kontratakiem i został powstrzymany faulem. Dwie minuty później znowu podawał na tyle nierozważnie, że Cienkusz musiał wspiąć się na wyżyny możliwości, żeby obronić potężny strzał Stasiaka. Kolejne dwie akcje odbyły się bez udziału Łukasza (za to z udziałem Karpińskiego, o którym za chwilę), ale już w następnej zdenerwowany kolejną wg siebie krzywdzącą decyzją arbitra zawodnik w żółtej koszulce postanowił wyładować swoją złość na przeciwniku, ale zrobił to tak umiejętnie, że czysto przechwycił piłkę, co więcej odegrał ją od razu świetnie do wspominanego Karpińskiego i FCG wyszedł na prowadzenie. Był to niewątpliwie lepszy okres gry wicelidera, który powinien się zresztą skończyć powiększeniem przewagi. W 24 minucie Karpiński podawał bowiem genialnie, zewnętrzną częścią stopy do Chojeckiego i tylko cud sprawił, że najlepszy jak na razie piłkarz sezonu przestrzelił. Wtedy do ataku przeszedł szukający wyrównania POL-HUN. Swoją drogą takiego rozstrzygnięcia oczekiwali też oglądający ten mecz z trybun zawodnicy Startu Brzeziny. Przeszkodzić w spełnieniu życzeń chciał bardzo Cienkusz, broniący nawet strzały z bardzo bliskiej odległości. W końcu jednak puścił piłkę, którą chyba odbić powinien. Był to bowiem sytuacyjny strzał Wojciecha Stasiaka, do którego doszło w ciekawych okolicznościach. Po zagraniu ręką Przemysława Kaźmierczaka rzut wolny z dogodnej odległości rozgrywali albicelestes. Zrobili to jednak bardzo źle, przez co Świnoga zagrywał po prostu lobem w górę. Piłka po tym wyniesieniu spadała tam, gdzie ustawił się Stasiak a nie obrońcy FCG i uderzona jeszcze w kozioł wpadła do siatki. Remis stał się więc faktem. Dla gałkowian nie zmienia on jednak wiele. Nadal zwycięstwo (teraz już co najmniej trzybramkowe) ze Startem przy wygrywanych meczach w najbliższy weekend przez oba zainteresowane zespoły da żółto-czarnym mistrzostwo. Mecz o Puchar w ostatniej kolejce jest więc scenariuszem prawdopodobnym. Kolejki trzynasta i czternasta przyniosą jednak mecze najlepszej czwórki między sobą, co sprawia, że cokolwiek przewidzieć naprawdę trudno.

Strzelcy: Stasiak – Karpiński
—————————
Bramek padło stosunkowo niewiele, bo 22. Daje to średnią 4,4 gola na mecz. Golem kolejki oczywiście okienko Jedynaka w meczu z PL Europą, najlepszym meczem SON-CzD i powrót tych drugich. Czuć już w powietrzu finisz Ligi, szczególnie jeśli spojrzy się na terminarz kolejek, które pozostały do końca rozgrywek.